RSS
wtorek, 31 lipca 2012
Prognoza pogody na niedzielę była odstraszająca - zimno, wiatr, deszcz, może nawet grad. Nic dziwnego, że nikomu nie chciało się wychodzic z domu. Poza dziećmi oczywiście. Spotkałem się z trójką wnucząt na placy zabaw. Najstarszy kopał zawziecie kanały odwadniające przy większych kałużach. Najmłodszy kręcił się szczęśliwy po błocie. Średnia - kreciła się od jednego chłopaka do drugiego - wiadomo - kobieta. Nic dziwnego, że w takiej atmosferze pokazała się nam tęcza..



To była doskonała pora na rodzinny bal, a raczej ball.. rolling. W zeszłym roku obiecywałem sobie toczyć się na 6 piłkach. Niestety, udało mi się tylko w połowie. Ale rodzina wykonała za mnie mój plan i to na 150%...



Po tych emocjach i po bogatym programie gastronomicznym wpadliśmy jeszcze na chwilę do pubu posłuchać muzyki. Atmosfera była pewnie jak w Nowym Orleanie ponad sto lat temu...



Czyli odpowiednia dla mnie. 
14:24, pharlap
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 30 lipca 2012
Od prawie tygodnia całymi dniami chodzi mi po głowie akompaniament do pieśni F. Schuberta - Abschied. Dopiero dzisiaj miałem okazję żeby wysłuchać tego spokojnie z CD. Mam nagranie pieśni Schuberta w wykonaniu Dietricha Fischer-Dieskau. Nastawiłem funcję Repeat i kręciło się jak kołowrotek. Kołowrotkowych pieśni jest sporo - choćby "Prząśniczka" Moniuszki czy "Małgorzata przy kołowrotku" Schuberta, ale ja zaskoczyłem na to Pożegnanie. Na youtube nie znalazłem nagrania Dietricha Fischer-Dieskau, ale TO - transkrypcja Liszta na fortepian solo - zgadza się chyba lepiej z tym co chodzi mi po głowie.
09:49, pharlap
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 24 lipca 2012
Dzisiaj miałem cotygodniowy dyżur w centrum pod wezwaniem św Wincentego. Dzień rozpoczął się jak zwykle od wystawienia towarów na ulicę. Ustawiałem w wyznaczonym miejscu dużą walizkę, przy uchwycie była jeszcze przywieszka z ostatniego lotu. 
- Skąd też nasz donator przyleciał? - pomyślałem i zacząłem ją sprawdzać. Przywieszka była żółta ze starości, trudno było coś odczytać, ale widać było wyraźnie logo przewoźnika - Ansett Airlines
Ansett Airlines - to był główny konkurent mojego pracodawcy - Trans Australia Airlines - TAA. W TAA osiągałem swoje największe sukcesy zawodowe w Australii. Nic dziwnego, że serce zabiło mi żywiej. Obie linie lotnicze już nie istnieją. Poczułem jakiś sentyment do tej walizki, która swój ostatni lot wykonała właśnie w tamtych czasach. Podejrzewam, że jej właściciel wykonał już lot do miejsca gdzie żadnych bagaży nie przyjmują a jego spadkobiercy pozbyli się niepotrzebnego przedmiotu.
Przez chwilę korciło mnie żeby zajrzeć do środka, ale powstrzymałem się - lepiej zatrzymać wspomnienia pod zamknięciem.
13:37, pharlap
Link Dodaj komentarz »
środa, 18 lipca 2012
Niedawno dotarła do mnie informacja o śmierci Sixtena Jernberga - króla nart. Królował w latach, w których najbardziej interesowałem się sportem: Olimpiady 1956, 1960, 1964 - Cortina - Squaw Valley - Innsbruck.
Echa tych wspomnień dotarły do mnie ponownie w 1998 roku, w niespodziewanym miejscu i okolicznościach. Wybrałem się na narty do Europy z zamiarem udziału w trzech maratonach narciarskich. Pierwszy - Biała Stopa na Słowacji. Do Smokowca dojechałem "na łebka" w autobusie z wycieczką szkolną. Dzieciaki pobiegły do najbliższego kiosku żeby sobie kupić słodycze a ja, objuczony dwoma plecakami i torbą z nartami, wspinałem się po długich schodach prowadzących do centrum miasta.
W pewnym momencie poczułem zapach alkoholu i usłyszałem skrzeczący kobiecy głos:
- Panie Polak, ja mam dla pana kwartirę! - stopień wyżej stała kobieta w średnim wieku.
- Dziękuję, ale mam kwaterę zamówioną w biurze rezerwacji - odpowiedziałem. To był bluff. Z biura rezerwacji w Smokowcu korzystałem 20 lat wcześniej i spodziewałem się, że nadal istnieje i działa równie sprawnie jak wtedy.
- Panie Polak - w skrzeczącym głosie był odcień triumfu - biura rezerwacji już nie ma a ja mam dla pana kwartirę!
Nie wiedziałem co zrobić. Oceniając moją rozmówczynię po wyglądzie i zapachu byłem pewien, że zamierza mnie zaprowadzić do jakiejś Czerwonej Oberży gdzie pierwszej nocy utną mi głowę jak to było w filmie o tym tytule.
- Stefan! Stefan! - wołał skrzeczący głos - mam Polaka na kwartirę!
Spojrzałem w górę. U szczytu schodów pojawiło się dwóch barczystych mężczyzn. Nie było ratunku.
Gdy wreszczie dotarłem do szczytu mężczyzn było już czterech, w tym kelner z tacą, na której stało kilka kieliszków becherovki. Wypiliśmy poczym Stefan chwycił z rozmachem moją torbę z nartami, aby ją załadowac do samochodu.
- A co ta torba taka lekka? - zapytał ze zdumieniem.
- Bo to są biegówki - odpowiedziałem. Pokręcił głową z jeszcze większym zdziwieniem..
- Pierwszy raz w życiu spotykam Polaka z biegówkami.
Dojechalismy, rozgościłem się i poszedłem do miasteczka coś zjeść. Po kolacji, gdy już szykowałem się do snu, usłyszałem pukanie do drzwi. Stefan. Wszedł, postawił na podłodze torbę, w której zabrzęczało jakieś szkło..
- Lech, ty naprawdę przyjechałeś tu na biegówki?
- Tak, tylko na trzy dni treningu. Potem jadę do Kremnicy na maraton Bela Stopa.
- A słyszałeś ty takie nazwisko - Jernberg? - Stefan najwyraźniej jeszcze mi nie dowierzał.
- Sixten Jernberg - król nart - odpowiedziałem bez zająknięcia - oczywiście, że znam.
Stefan pokiwał z aprobatą głową, usiadł i wyciągnął z torby dwie butelki piwa Smadny Mnich. Wypiliśmy.
- Lech, a ty wiesz, że ja się ścigałem z Jernbergiem na olimpiadzie w Innsbruku?
Napełniliśmy ponownie szklanki i Stefan zaczął opowiadać...
Lech, w 1964 roku ja byłem w nadzwyczajnej formie. Olimpiada! Wiesz jaka to była radość? Przed wyjazdem mieliśmy oczywiście wiele szkoleń, również politycznych. Tłumaczyli nam jak się zachowywać i jakie niebezpieczeństwa mogą nam grozić. Wiele było tych niebezpieczeństw - agenci Głosu Ameryki i Wolnej Europy, szpiedzy amerykańscy i niemieccy. Rada była prosta - nie rozmawiać z nikim na osobności. Zakręcą ci w głowie a może nawet dadzą jakiś narkotyk i porwą.
W przeddzień biego na 50 km było losowanie numerów. Trener przybiegł do mnie rozradowany:
- Stefan! Wiesz jakie masz szczęście? Będziesz startował minutę przed Jernbergiem! Wiesz co to znaczy? Uciekaj jak długo możesz, jak cię nie dogoni to masz murowany medal!
Start! Mija jeden kilometr, drugi, czuję że mam doskonale posmarowane narty. Jernberga ani śladu. Biegnę dalej. Do mety zostało jeszcze tylko 10 km, czuję że rosną mi skrzydła - będzie medal! I w tym momencie usłyszałem okropny hałas, oglądam się, helikopter leci prosto na mnie. Stanąłem, co się dzieje? Przypomniały mi sie natychmiast te strachy - oni lecą żeby mnie porwać!
I w tym momencie wyprzedził mnie Sixten Jernberg, ten helikopter to była telewizja, która filmowala jego bieg. Popędziłem do przodu jak szalony, ale nic mi już nie szło, byłem cały sztywny po tym szoku. Ostatecznie zająłem szesnaste miejsce. Stefan pokiwał smutno głową - a tak miałbym miejsce w pierwszej szóstce. A może i medal?
- Na pewno medal - potwierdziłem skwapliwie. Napełniliśmy szklanki i wychyliliśmy w milczeniu.

PS1. Słowacja była wówczas kandydatem do organizacji Olimpiady Zimowej 2006 roku. Popierałem ich czynnie....


PS2. Generał Patton powiedział kiedyś - starzy żołnierze nie umierają, oni tylko rozmywaja się (fade away). Moje doświadczenia wojskowe nadają się raczej do powiedzonek dobrego wojaka Szwejka. Co innego doświadczenia narciarskie... starzy narciarze nie umierają nigdy - ich pamięć jest dla mnie zawsze żywa.
14:41, pharlap
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 16 lipca 2012
Nasza parafia obchodzi w tym roku 60-lecie istnienia i z tej okazji urządza lunch dla wszystkich parafian. Aby ich powiadomić wysłano w teren 12 zespołów, które mają stukać do wszystkich drzwi i oznajmiać tę radosną nowinę. Większość tej ciężkiej pracy wykonują miejscowi seminarzyści, ale zaproszono do współpracy również parafian.
Ja jestem po prostu stworzony do takich zadań! Nie wiedziałem o tym do zeszłego roku, ale właśnie wtedy zgłosiłem się do pracy jako rachmistrz spisowy. Och jak świetnie ja się wtedy spisywałem! 
Oczywiście wtedy reprezentowałem rząd Australii i stały za mną murem policja i cały aparat ucisku i przemocy. Teraz... hmm.. teraz stały za mną hufce anielskie. Przynajmniej tak sobie wyobrażałem. Nic dziwnego, że gdy pukałem do drzwi pojawiał sie na mojej twarzy anielski uśmiech a mój "body language" szeptał kusząco - kocham cię bracie (lub siostro).
Moim partnerem był seminarzysta rodem z Indii. Zauważyłem, że czuł się niepewnie, szczególnie gdy przy bramie witały nas psy. Choćby nawet takie...




No cóż, Hindusi u drzwi nie ciesza się tu najlepszą opinią. Nie jest to zresztą ich wina. Po prostu szereg instytucji chyba traci wiarę w moc internetu i wysyła w teren prawdziwych ludzi. Najbardziej agresywne są firmy oferujące dostawę taniej energii. Ich wysłannicy dzwonią do drzwi i zaczynają od anonsu - pokaż mi swój rachunek za gaz (lub elektryczność) a pokażę ci ile możesz zaoszczędzić. Oczywiście odganiam ich jak psy szczekające na karawanę.
Uzgodniliśmy jednak, że będziemy pukać na zmianę. Tym bardziej, że w pewien sposób się uzupełnialiśmy. Mój towarzysz lękał się psów, ale za to nie obawiał się węży...



Ale jeszcze zanim mogło dojść do spotkania z psami czy wężami trzeba było przeczytać dokładnie listę lokalnych zakazów...



Jak się można było spodziewać gospodarz tego domu nie przyjął zaproszenia. Tak zrobiła przeważająca większość odwiedzanych. Mój partner miał nieco zawiedziona minę, ale pocieszałem go ewangeliczną sentencją: wielu jest wezwanych lecz niewielu wybranych.
Jednak większość odmów była udzielona w sympatyczny sposób.
Działamy już od trzech dni. Wczoraj miałem okazję zamienić kilka słów z naszym proboszczem. Powiedział mi, że partner ceni sobie wysoko moje towarzystwo. Mało tego, stwierdził podobno, że moja obecność dodaje mu siły. Coś podobnego? To przydarzyło się chyba tylko trzy razy w moim bardzo długim życiu. A ciocia namawiała mnie od dziecka żebym został księdzem. Może miała rację?
Po tej pochwale nabrałem takiej siły, że rozpromieniłem się gdy dzisiaj rano ktoś z zaproszonych zapytał mnie co się stanie jeśli wszyscy, którym zostawiliśmy ulotki z zaproszeniem na lunch przyjdą z pustymi rękami?  W jaki sposób ich wszystkich nakarmimy?
Pamiętasz cudowne rozmnożenie chleba i ryb? Przyjdź! Zobaczysz to na własne oczy.
Moim czytelnikom powtarzam to samo. Lunch rozpocznie się o 11:15, w niedzielę - 22 lipca w parafii św Benedykta w Melbourne.
12:02, pharlap
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 09 lipca 2012
Bardzo rzadko zdarza mi się pamietać sny. Wczorajszy był znamienny.
Siedziałem w dużej sali przy dużym stole. Przede mną stał komputer, który co chwilę popiskiwał sygnalizując nową wiadomość w skrzynce pocztowej. Każda wiadomość była taka sama - kliknij w poniższy link aby aktywować kolejną przesyłkę. Klikałem..
Po kilku minutach do mojej sali ktoś przywoził tacę na kółkach. Na tacy leżało kilka sztuk czegoś co wyglądało jak futerał na okulary. Goniec wysypywał je na stół i odjeżdżał ze swoją tacą.
Za chwilę następował kolejny pisk komputera i cała operacja się powtarzała. Dziwne było, że w międzyczasie poprzednia dostawa futerałów gdzieś znikała. Nowe były wysypywane zawsze na pusty stół.
W którymś momencie nastąpiła zmiana. Zamiast okularowych futerałów goniec przywoził znacznie większe pudełka nieco przypominające futerały do skrzypiec. Niektóre były czarne i to wprawiło mnie w lekki niepokój. To wyglądało jak trumny. Czy ja nie uczestniczę w jakimś podejrzanym procederze? Ale nie było się kogo spytać. Od tego momentu moja praca zaczęła mnie męczyć.
Zmęczony wróciłem do domu, włączyłem telewizor. Właśnie nadawali wiadomości. W którymś momencie zobaczyłem tytuł: Śmierć Bloga. Reporterka, zapamiętałem jej nazwisko - Dorota Porkwirt - mówiła coś z przejęciem, ale jej słowa do mnie nie docierały. W tle widzialem wielki dół a w nim pomieszane ze sobą futerały na okulary i na skrzypce. Na brzegu dołu warczał motor spycharki, która czekała aby w stosownym momencie zasypać dół ziemią.
PS. Otrzymałem kiedyś bardzo logiczne wytlumaczenie dlaczego nie powinno się mówić "bloga" tylko "blogu". W telewizji najwyraźniej o tym nie wiedzieli. Ale nie wiem jaka stacja to nadawała więc nie mogę złożyć reklamacji.
09:44, pharlap
Link Dodaj komentarz »
sobota, 07 lipca 2012
W czwartek byłem na koncercie Pieśń Ireny (Irena's Song) poświęconym pamięci Ireny Sendler - kierowniczce wydziału dziecięcego Rady Pomocy Żydom - Żegota, pod której kierownictwem uratowano z getta warszawskiego ponad 2,500 dzieci.
Koncert odbył się w Melbourne Recital Centre - najlepszej sali koncertowej w naszym mieście. Miłą niespodzianką była dla mnie rzucona na ekran plansza..

"

Flagi Izraela i Polski obok siebie.
Był to koncert i między innymi wykonano utwór skomponowany ku czci Ireny Sendler, ale według mnie muzyka nie jest w stanie odnieść się do konkretnych uczuć czy wydarzeń. Co innego słowo a nawet cisza.
Tym razem na estradzie dominowało SŁOWO i wyznam, że trudno było oprzeć się wzruszeniu. Zresztą wcale nie zamierzałem się opierać.
Wspominałem kilka razy, że moją ostatnią lekturą była książka 1Q84. Istotnym elementem książki są złudzenia i przeoczenia. Ta lektura skłoniła mnie do dokładnieszego przyglądania się temu co jest wokół mnie. Wypatrywania czegoś co może zaskoczyć mojąwyobraźnię i pamięć.
Wypatrzyłem! Na scenie przemawiał polski ambasador - pan Andrzej Jaroszyński. Na ekranie wyświetlono stosowny obraz - tytuł Warszawa Praga (co to ma wspólnego z warszawskim gettem??), ilustracja - most Karola w Pradze Czeskiej.
Po zakończeniu koncertu szukałem gorączkowo kogoś, kto mógłby potwierdzić moje spostrzeżenie. Jest ktoś znajomy - widziałeś tę planszę wyświetloną podczas przemówienia polskiego ambasadora? 
Coś tam widziałem, ale siedziałem daleko i nie zwróciłem uwagi co to było.
Drugi znajomy - to samo.
Przeszedł mnie dreszcz - wkraczam w rok ?01?
Do trzech razy sztuka - kolejny znajomy mrugnął do mnie szelmowsko - widziałeś ten most Karola?
Widziałem! 
Poczułem ulgę. Jestem nadal w realnym świecie a to był tylko czeski błąd.
08:53, pharlap
Link Komentarze (3) »
wtorek, 03 lipca 2012
W ubiegły czwartek odwiedziłem wystawę Mesopotamia w Melbourne Museum ..



Na ścianach mapy i płaskorzeźby...



Na mnie jednak spotkanie z oryginałem płaskorzeźby nie robi wielkiego wrażenia, nie wiele większe niż fotografia.
Co innego słowo...



.. całe księgi jak wyżej lub okrągłe tabliczki gliniane o średnicy może 8 cm, na których rejestrowano umowy handlowe. Najbardziej spodobały mi się cylindryczne pieczęcie - walce niewiele grubsze od palca, które rolowało się po glinianym dokumencie - patrz TUTAJ.

W kilku miejscach wspomniano oczywiście Wieżę Babel i wywołane przez nią języków pomieszanie. Moją uwagę zwróciło zdjęcie żołnierzy USA fotografujących się na tle starożytnych ruin.

Zupełne pomieszanie.
09:26, pharlap
Link Dodaj komentarz »