RSS
wtorek, 22 lipca 2014

Ostatnio moim wnuczętom i mnie bardzo podoba się kreskówka Ben and Holly's Little Kingdom - KLIK. Dzisiaj ogladaliśmy stary odcinek na temat dnia ojca. Ojcowie dostali dzień wolny i przy okazji pograli w koszykówkę Na sędziego zgłosiła się moja ulubienica - Fairy Plum...

Fairy Plum

Reguł koszykówki nie znała, ale wystarczyło jej jedno zdanie i już była gotowa - ZACZYNAMY.. GOL!!!

- Fairy Plum, w koszykówce nie ma goli tylko punkty.
- Wszystko jedno - pięć punktów!
- Ale tak sie nie liczy punktów..
- Żółta kartka!
- Ale...
- Czerwona kartka!

Ojcowie zmęczyli się dośc szybko grą. Widząc to Fairy Plum zakończyło mecz przyznając swojej ulubionej drużynie 100 milionów punktów. Widząc frustrację pokonanych przyznała im również 100 milionów punktów i wszyscy rozeszli się zadowoleni.

Jako były sportowiec, który nigdy nie wygrał żadnej imprezy przyjąłem to równiez z satysfakcją. Wyobraziłem sobie, że tak włąśnie wyglądałby sport w świecie kobiet. Paradoksalna zabawa zakończona paradoksalnym wynikiem. Bo czyż nie jest paradoksem rywalizacja w kopaniu bądź odbijaniu piłki? To mężczyźni nadali temu rangę rytuału uregulowanego przepisami z sędziami, trybunałem, międzynarodowa federacją. W ten sposób takie paradoksalne i wydawałoby się niewinne zajęcia stały się dziedzinami gospodarki zatrudniającymi miliony osób.
To są niefortunne skutki zbyt poważnego podejścia do niepoważnych spraw.

A szachy? 
Czytałem gdzieś rozważania na temat szachowych osiągnięć kobiet i wyczytałem, że intelektualnie kobiety całkowicie dorównują mężczyznom w tej dziedzinie, ale brakuje im instynktu straceńca a tego wymaga gra w na poziomie arcymistrzowskim. Mężczyźni potrafią oddać się bez końca zupełnie bezsensownej czynności. Do końca, do samozatracenia. Natomiast w podświadomości kobiet zawsze funkcjonuje instynkt samozachowawaczy - a kto jutro nakarmi rodzinę? 

Często zauważam informacje o tym, że oto kobiety zdobyły kolejny bastion dotychczas zarezerwowany dla mężczyzn. Jest to głoszone z dumą i radością a mnie to smuci gdyż oznacza to, że kobiety przyjęły męskie zasady gry. Według mnie wygrywają bitwy, ale przegrywaja wojnę, wojnę o zachowanie własnego charakteru.

Mądrzy Francuzi mówili - vive la différence. Obecny świat doszedł do wniosku, że wolność polega na tym, że wszyscy są jednakowi.
Paradoks? Tak.
Traktowany poważnie i obwarowany regułami? Tak.
W takim razie jest to męska gra.

15:04, pharlap
Link Komentarze (1) »
środa, 16 lipca 2014

Shikiro Mifune wyszedł z pracy. Był wczesny marcowy wieczór, powoli zapadał zmrok, na niebie kłębiły się czarne chmury. Czuł okropny ból głowy. Zatrzymał samochód koło baru Metro i wstąpił na kawę. W barze było prawie pusto. Przy jednym stoliku siedziało kilku pracowników elektrowni. Popijali piwo i rozmawiali. Shikiro usiadł w odległym roku, wypił duży łyk kawy i zamkął oczy.

Na dźwięk telefonu otrząsnął się. Dzwoniła Susuko, jego żona. 
- Tso z tobą? Gdzie jesteś? - w jej głosie słychac było niepokój.
Tso z tobą - Shikiro uśmiechnął się. Lekkie seplenienie dodawało jej dziecięcego uroku.
- Wstąpiłem do Metro, strasznie boli mnie głowa, zaraz pojadę do domu.
- Właśnie chcialam ci powiedzieć, że my już kładziemy się spać. Wszyscy czujemy się jacyś ospali.
- W porządku. Dobranoc, Wejdę bardzo cicho.
- Dobranoc.

Sięgnął po kawę. Od stolika w rogu dobiegały dość wyraźne szepty...
- Tną koszty na każdym kroku... zrezygnowali z projektu wprowadzenia robotów...
- To jest skandal od samego początku - stacja awaryjnego zasilania jest na tym samym poziomie co elektrownia...

Dopił kawę, ból w głowie nadal lekko ćmił. Wyszedł na zewnątrz. Idąc do parkingu zauważył jakiś ruch przy pojemniku ze śmieciami. Przyjrzał się uważniej - kilka szczurów zbiło się w gromadkę i popiskiwało. Przygotowują się do ucieczki z tonącego okrętu - zażartował.

Gdy dotarł do domu Susuko i dzieci już spali. Na stole stał obiad gotowy do podgrzania, ale Shikiro nie czuł głodu. W głowie znowu narastał ból. Przypomnial sobie szepty w Metrze - tną koszty na każdym kroku... tną koszty na każdym kroku... tną... tną.
Wzdrygnął się, jedyne co chciał to szybko położyć się spać. Cicho rozpakowywał teczkę gdy nagle wydało mu się, że słyszy jakieś szepty. Rozejrzał się, złudzenie. Ale za chwilę szept powtórzył się, dobiegał od strony ściany. Shikiro podszedł bliżej i zauważył źródło "szeptów" - wskazówka barometru opadła do samego dołu i tam dygotała zaczepiając się o krawędź skali i powodując lekkie szmery.

Szepty w baro-metrze - zażartował Shikiro. Takie niskie ciśnienie, nic dziwnego, że boli mnie głowa. Sięgnął po barometr, żeby uwolnić zaczepioną wskazówkę i przez nieuwagę wypuścił go z ręki. Ciężki, solidny, przyrząd uderzył w ziemię z hukiem, roległ się brzęk tłuczonego szkła.
- Tso na miłość boską tu się wyrabia? - Susuko stała w drzwiach sypiani i patrzyła półprzytomnie na męża.
- Coś ty powiedziała? Powtórz powoli - w głosie Shikiro słychać było napięcie.
- Tso-na-mi-łość ...  tso-na-mi... - Susuko przerwała. stała chwilę z otwartymi ustami - tsu-na-mi - wyszeptała.
- Tsunami - powtórzył Szhikiro - szybko pakuj dzieci razem w pościelą do samochodu ja wezmę trochę prowiantów.
Oboje zwijali sie w milczeniu jak automaty. Za kilka minut byli w samochodzie i jechali na zachód, w stronę przeciwną od morza. Po kilkunastu minutach dotarli do granic miasta.

Fukushima dziękuje ci za wizytę. Odwiedź nas znowu - oznajmiała tablica na poboczu szosy.

Shikiro skoncentrował wzrok na szosie. W samochodzie słychać było szepty - Susuko odmawiala pacierze. 

PS. Wpis dedykuję FidrygaUce - KLIK - z okazji jej powrotu do blogowania.

wtorek, 15 lipca 2014

Dzisiaj podebrałem moją 10-letnią wnuczkę ze szkoły. W drodze do mnie przechodziliśmy koło jej domu więc spytałem czy chce wziąć coś do zabawy.

- Powiedz mi najpierw jakie zajęcia masz dla mnie w planie, to będę wiedziała czy czegoś więcej potrzebuję.

poniedziałek, 14 lipca 2014

Dzisiaj wstąpiłem z wnukiem po jakiś drobiazg do supersamu. Po zakupach zapinałem mu pasy w samochodzie gdy usłyszałem za plecami natarczywy klakson. Obejrzałem się, potężny samochód terenowy nadający się na wojnę w w Afganistanie czyli 90% pewności, że kierowcą jest młoda matka. Zgadza się, za kierownica siedziała młoda kobieta, gniewna mina i niecierpliwy gest ręką, który przetłumaczyłem sobie na - spieprzaj dziadu. Rzeczywiście miała rację, otwarte drzwi mojego samochodu utrudniały wjazd na wolne miejsce na parkingu.

Przerwałem więc przypinanie wnuka, zamknąłem drzwi i spłaszczyłem się przy samochodzie, żeby pani mogła wjechać. Wjechała, wyskoczyła z samochodu rzucając mi niemiłe spojrzenia poczym oboje zajęliśmy się podobną czynnością, ja przypinałem Ambrożego, ona odpinała swoją córkę. Oboje mieliśmy szeroko otwarte drzwi, ona pewnie szerzej bo drzwi dużo większe.

Przypomniał mi się tytuł popularnego kiedyś filmu - KLIK. Ten film to taka makabra, że muszę przyznać, że mnie to przeszło bardzo ulgowo.

 

niedziela, 13 lipca 2014

Nie, tym razem to nie o mnie (o mnie było tutaj - KLIK), ale o mojej najmłodszej wnuczce - 9 miesięcy. Wnuczka zna mnie dobrze, spędzamy we dwójkę cały jeden dzień w tygodniu plus jestem pod ręką jeszcze jeden dzień.

Wydawałyby się, że znamy się dobrze. Wystarczył jednak tylko jeden tydzień nieobecności by Grażynka - tak jej ojciec tłumaczy imię Gracie - zapomniała wyglądu mojej twarzy.
Wczoraj odwiedziłem ich dom. Gdy usłyszała kroki w korytarzu i anons - dziadzia przyszedł - pomknęła na czworakach w stronę drzwi. Gdy mnie zobaczyła - pełna konsternacja i odwrót. Dopiero z ramion mamy przesłała mi niepewny uśmiech.

Dzisiaj było podobnie, przyglądała mi się bacznie jak komuś spotkanemu po raz pierwszy. Jeszcze dokładniejsza była identyfikacja przez dotyk. Uszy, nos, broda - czułem, że te dłonie szukały w moje twarzy czegoś znajomego. Jutro spotkamy się znowu, ciekawe co pozostało z tych spotkań.

Przypomina mi to powszechną opinię, że dzieci szybko się uczą. Absolutnie z tym się nie zgadzam. Małe dzieci uczą się potwornie wolno, to ich rodzice i opiekunowie mają niewyczerpaną cierpliwość powtarzać kilkaset razy te same słowa, gesty, zachowania.
Osobna sprawa to dokładność zapamiętania. Nauka przez wielokrotne, bezmyślne, powtarzanie daje lepsze wyniki gdyż nie jest skażona czynnikami zewnętrznymi, samodzielnym myśleniem czy doświadczeniem dziecka. Na przykład pozwala na "złapanie" poprawnego akcentu w obcym języku.
Tak że nie wyciagam żadnych nowych konkluzji. Uczmy dziecko od małego i nie ustajmy w powtarzaniu. 

piątek, 11 lipca 2014

Dzisiaj robiłem większe zakupy w supersamie. W którymś momencie wydało mi się, że ktoś coś do mnie mówi. Rozejrzałem się. Rzeczywiście, kilka metrów dalej sympatyczna starsza pani patrzyła na mnie i powiedziała:
- Could I use your aaaht? 
Czego ona ode mnie chce? aaaht? Może ma na myśli cart - wózek na zakupy. Rzeczywiście jej jest wypełniony ponad miarę, ale to bez sensu, przecież pomieszają nam się zakupy.
A może jej chodzi o card - kartę - jaką kartę? Kartę regularnego klienta? A może o kartę kredytową? Na wszelki wypadek wcisnąłem portmonetke głębiej i podszedłem bliżej.

Tym razem usłyszałem wyraźnie:
- Could I use your height? - pani pokazywała jakiś towar na najwyższej półce. Ach więc chodziło jej o mój wzrost.
- Masz na myśli tę lemoniadę? 
- Tak, nie jestem w stanie tak wysoko sięgnąć.

Podałem jej lemoniadę  i nawzajem sobie podziękowaliśmy. Ona za przysługę, ja za danie mi szansy użytecznego wykorzystania moich kurczących się możliwości fizycznych.

Tagi: Fakty
12:37, pharlap
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 10 lipca 2014

Boroondara to bardzo porządna dzielnica Melbourne. Ja mieszkam w sąsiedniej dzielnicy, też porządnej, ale jednak wystarczy przejść na drugą stronę ulicy dzielącej te dzielnice i ceny domów są o kilkanaście procent wyższe.

Kilka dni temu zaparkowałem samochód we wspomnianej dzielnicy, kupiłem w kiosku warzywa. Gdy za 15 minut wróciłem do samochodu łopotał tam na wietrze mandat za niewłaściwe parkowanie. Mieli absolutną rację. Nigdy nie parkuję w tym miejscu, ale często przejeżdżam na rowerze i pamiętałem, że tam zawsze stały somochody. Może i stały, ale teraz jest zakaz parkowania a mój samochód stoi dwa metry od słupa z tym zakazem. Tak to jest polegać na pamięci i doświadczeniu.

Wysokość mandatu - bagatela - $148. Tu ogarnęła mnie złość. To chyba wiecej niż mandat za przekroczenie prędkości a jak się te wykroczenia mają do bezpieczeństwa na drodze. Sprawa jest prosta - dzielnica zarabia na utrzymanie swojego statusu. Przypomniało mi się rozważanie z Tajnego agenta J. Conrada...
- A prawo, gdzie jest prawo?
- Prawo jest tylko po to żeby chronić własność tych, którzy mają wszystko. 

Złość złością a tu trzeba płacić. Na stronie rady dzielnicowej znalazłem wszystkie możliwe tłumaczenia powodów nieprawidłowego parkowania i informację, że rada żadnego z tych tłumaczeń nie uzna więc proszę się nie trudzić.

Spróbowałem więc innego sposobu. Napisałem list, w którym przyznałem im całkowitą rację i zaproponowałem, że odpracuję tę kwotę jako ochotnik, przy pracach społecznych, których dzielnca ma pewnie sporo. Na pewno ma sporo, bo to jest porządna dzielnica. Zamożni, spokojni, kulturalni ludzie, życzliwi wzajemnie dla siebie i dla innych. W jakiś sposób skojarzyło mi się to z wczorajszymi anglikanami w katedrze.

Kilka słów na temat nazwy dzielnicy - Boroondara. Na pierwszy rzut oka widać, że to nazwa aborygeńska. Jestem pewien, że zarząd i mieszkańcy tej dzielnicy czują wielki szacunek dla aborygeńskiej tradycji i głęboko żałują niegodziwości popełnionych przez białych. Tylko jedno małe spostrzeżenie - w dzielnicy Boroondara nie uświadczysz Aborygena.
Wytłumaczenie tutaj - KLIK.
Podobnie z osobami ubiegającymi się legalnie czy nielegalnie o azyl w Australii. Mieszkańcy Boroondara chcieliby przyjąć ich wszystkich. Tylko nie u siebie. Mało tego, w centralnej poddzielnicy - Camberwell - nie ma ani jednego pubu. To nie jest miejsce dla takich, którzy chcieliby się bezceremonialnie napić piwa.

Cieszyłem się więc myślą, że jako ochotnik poznam bliżej lokalnych ludzi i może nauczę się czegoś nowego. A jest się czego uczyć. Wielokrotnie wspominałem na tym blogu, że pracuję jako ochotnik w sklepie św Wincentego. Pracuje nas tam społecznie około 90 osób i w ciągu tygodnia udaje nam się zarobić około $15,000. Tyle samo zarabia w ciągu 6 godzin kilku dżentelmenów z Rotary Club, który załatwił sobie prawo wynajmowania dużego parkingu przy centrum handlowym w Camberwell na niedzielny bazar.

Oczywiście nasza mrówcza praca to jest ten ewangeliczny "wdowi grosz" milszy Bogu niż hojność bogaczy, ale podejrzewam, że osoby korzystające z naszej pomocy mogą mieć inne zdanie.

List wrzucilem do skrzynki w poniedziałek wieczorem, odpowiedź dostałem już w środę. W kontaktach między ludźmi na poziomie nawet poczta działa sprawniej.
Treść odpowiedzi nie zaskoczyła mnie - anulowali mi mandat. Znowu przypomniała mi się Ewangelia - szybciej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne niż ktoś obcy wkręci się w to nobliwe towarzystwo... czy coś w tym rodzaju.

Tagi: Australia
11:10, pharlap
Link Komentarze (4) »
środa, 09 lipca 2014

Wczoraj zaniosło mnie do centrum miasta. Piękny zimowy dzień, rzeźkie powietrze i jasne słońce. Tuż przy stacji kolejowej znajduje się anglikańska katedra pod wezwaniem św Pawła - KLIK .

Zajrzałem, po pierwsze żeby zobaczyć jak będzie się prezentował ten słoneczny dzień w witrażach katedry, po drugie w nadziei, że może trafię na południowy recital organowy. Witraże prezentowały się godnie. Recitalu nie było, ale za kilka minut miało rozpocząć się nabożeństwo połączone z rozdaniem komunii. Zostałem, żeby sobie przypomnieć liturgiczne niuanse religii anglikańskiej.

Zasadniczą różnicą między anglikanizmem a katolicyzmem jest głowa kościoła, u anglikanów jest nią obecnie nam panująca monarchini. Liturgia nie różni się wiele, zauważyłem dwie zmiany w sekwencji modlitw, moim zdaniem bez sensu. Natomiast sympatycznie rozbawiły mnie niektóre teksty.

Proszę sobie wyobrazić, że gdy, obecnie już święty, Jan XXIII wprowadził liturgię w językach narodowych, to tłumaczenie na angielski nieco odbiegało od łacińskiego oryginału. Najbardziej podobało mi się tłumaczenie popularnej odpowiedzi - et cum spiritutuo - i z duchem twoim. U nas brzmiało to - and also with you - czyli - i z tobą też. Przynam, że mi się to podobało. Ktoś życzy nam pokoju - pax vobiscum - dlaczego my mamy życzyć pokoju tylko jego duchowi?

Było też kilka różnic w wyznaniu wiary - Credo. To już poważniejsza sprawa - jak można niedokładnie przetłumaczyć wyznanie wiary - fundament religii? Przecież z powodu jednego zwrotu w Credo nastąpiła Wielka Schizma - oddzielenie się Konstantynopola od Rzymu.
Jednym z głównych powodów klątwy rzuconej przez muzułmanów na Salmana Rushdiego i jego Szatańskie wersety była właśnie wzmianka, że pisarz zapisujący objawienia, które przytrafiły się Mahometowi, zmienił kilka słów.
I jak to się stało, że przez 40 lat nikt na to nie zareagował? A przecież w tym czasie byli papieże z renomą multilingwistów. Trzeba było dopiero dokładnego Niemca - Ratzingera, żeby zrobić z tym porządek.

Ale anglikanów dekrety papieskie nie dotyczą i oto miałem znowu - pokój z wami - i tobą też :) Oczywiście za pierwszym razem odpowiedziałem po katolicku i zyskałem sobie życzliwe uśmiechy sąsiadów, którzy w mig zorientowali się kto też wmieszał się w ich towarzystwo.

Istotną różnica był fakt, że nabożeństwo celebrowała kobieta-kapłan. Według mnie nadmiernie wdzięczyła się do kongregacji, szczególnie do osób wyglądających na przypadkowych świadków ceremonii.

Podbudowany duchowo wyszedłem na główną ulicę naszego miasta - Swanston Street. Na tej stronie możecie Państwo towarzyszyć mi w tym spacerze - KLIK. Ja szedłem po stronie parzystej - EVEN - proszę kliknąć w prawą strzałkę żeby zacząć spacer od katedry.
Na wyżej wymienionej stronie zauważyłem choinkę, teraz oczywiście wystrój był całkiem inny. Do tego niezwykła mieszanina przeróżnych charakterów. Cały czas towarzyszyło mi przekonanie o życzliwości tego całego obcego mi tłumu. Może to ta solidna, wiktoriańska, zabudowa, może anglikańska msza?

Spacer zakończyłem przy bibliotece - klik w strzałkę po lewej. Miałem tam coś ciekawego do przeczytania. Znalazłem książkę, rozejrzałem się i z radością stwierdziłem, że nie ma ani jednego wolnego miejsca. W bibliotece większy tłok niż w sklepie? Że już nie wspomnę o kościele :)

Znowu kalejdoskop charakterów - pan o wyglądzie bezdomnego pilnie przegląda książkę ze swoją kilkuletnią córką, brodaci intelektualiści toczą szeptem dyskusję,  pan starszy nawet ode mnie wycina jakieś wzory i układa z nich mozaikę. Oczywiście wielu studentów azjatyckiego pochodzenia z sąsiadującej z biblioteką wyższej uczelni. 

Wolne miejsce znalazłem dopiero dwa piętra wyżej. Pokój z Wami mili Anglikanie.

Tagi: Australia
14:05, pharlap
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 08 lipca 2014

Jestem zarejestrowany na stronie http://www.geni.com/ , na której można hodować swoje drzewo genealogiczne.

Wydawało mi się, że jest ono kompletne gdy otrzymałem powiadomienie:
Jadranka S is your second cousin's ex-wife's uncle's wife's first cousin's wife's fifth cousin.

Nie można było tego napisać prosto i zwięźle po polsku - kuzynka piątego rzędu żony pierwszego kuzyna żony wujka byłej żony mojego kuzyna drugiego rzędu.

Witaj Jadranko w naszej zwartej rodzinie!

Wyjaśnienie - nie jestem biegły w genealogicznej terminologii, w powyższym tłumaczeniu - kuzyn drugiego rzędu oznacza, że nasi dziadkowie byli braćmi. A kuzynka piątego rzędu? 

Tagi: Fakty
10:54, pharlap
Link Komentarze (2) »
środa, 02 lipca 2014

Lato - sporo australijskich polonusów spędza wakacje w Polsce. Kilka dni temu rozmawiałem przez telefon z jedną z takich osób...
- Ależ w tej Polsce bałagan, nikt nic nie wie.
- Kto nie wiedział? Czego nie wiedział?
- Miałam wylecieć z lotniska w Modlinie, wstąpiłam do biura LOTu dowiedzieć się o autobus a oni nic nie wiedzą.
- LOT lata z Modlina?
- No nie, to był lot Ryan Air.
- No to dlaczego LOT ma o takich rzeczach wiedzieć? Czy tu, w Australii, jak lecisz Virgin Airlines to pytasz QANTAS o informację?
- Noooo nie, ale to nie to samo, LOT powinien takie rzeczy wiedzieć. 

08:18, pharlap
Link Komentarze (1) »