RSS
środa, 06 kwietnia 2016

mapa

W drodze z Sydney do Melbourne, w miejscu zaznaczonym kółeczkiem (powyżej i trochę w lewo od napisu ACT), zobaczyłem przed sobą...

morze

Tagi: Australia
10:43, pharlap
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 03 kwietnia 2016

W ubiegłych tygodniach, za sprawą pewnej dyskusji - KLIK, dwukrotnie nasunął mi się na klawiaturę temat tłumaczenia książek. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności dwa dni temu miałem okazję spotkać się z TŁUMACZEM...

M. Weyland

Nie wahałem się użyć dużych liter gdyż pan Marcel Weyland przetłumaczył na angielski Pana Tadeusza - KLIK.
Tłumaczeń Pana Tadeusza na angielski było kilka. Pierwsze białym wierszem. Poniżej pierwsze linie inwokacji w kolejnych tłumaczeniach - źródło wikipedia - KLIK

"Lithuania, my fatherland! You are like health;
How much you must be valued, will only discover
The one who has lost you..." tłumaczenie Katie Busch-Sorensen

"O Lithuania, my country, thou
Art like good health; I never knew till now
How precious, till I lost thee..." - tłumaczenie Kenneth R. Mackenzie

"Lithuania, my country! You are as good health:
How much one should prize you, he only can tell
Who has lost you..." - tłumaczenie Marcel Weyland.

Dla mnie, Polaka znającego Pana Tadeusza od dziecka, tłumaczenie M. Weylanda było oczywiste - to jest mickiewiczowski, Pana-Tadeuszowy, 13-zgłoskowiec. Zastanawialiśmy się jednak czy to brzmi naturalnie dla Anglosasa, który nie ma tego typu skojarzeń.
Pan Weyland, który jest również bardzo dobrym deklamatorem, zwrócił uwagę na rozłożenie akcentów w mickiewiczowskiej strofie. 13-zgłoskowy wiersz dzieli się wyraźnie na 2 części - 7 i 6 sylab a zatem akcent pada na 6. i 12. zgłoskę. Akcent w sylabach 1-5 i 8-11 nie jest z góry określony co nadaje wierszowi lekkość i swobodę.
9-zgłoskowiec Kennetha MacKenzie po kilku liniach staje się nieznośnie jednostajny.

Po przetłumaczeniu Pana Tadeusza pan Marcel Weyland nie osiadł na laurach lecz przetłumaczył wiele polskich utworów poetyckich - SŁOWO - Dwieście lat poezji polskiej - KLIK. Mieliśmy okazję wysłuchać kilku z nich, również Lokomotywy Tuwima, proszę posłuchać - KLIK.

We wspomnianym wyżej zbiorze poezji polskiej nie zabrakło oczywiście rozważań na temat trudnej pracy tłumacza/tłumaczki...

Bajka o sześciu tłumaczkach

Sześć tłumaczek w ramach nieuzgodnienia
tłumaczyło tę samą powieść w oparach natchnienia;
pierwszej wyszedł poemat oktawą,
drugiej coś ze sportu: "Kiszka, brawo!(*)",
trzecia przywiozła powieśc historyczną
p.t. "Zamierzchłe czasy",
czwarta rewelację w trzech tomach (nieomal klasyk!),
piąta reportaż "Tam gdzie był dół",
szósta - "O hodowli pszczół".

Pytanie: skąd ta historia dzika?

Odpowiedź: Żadna nie znała języka.

Morał, czyli pouczenie:
Więc po co sięgać do oryginału?
Zamiast jednego, sześć dzieł powstało. 

Konstanty Ildefons Gałczyński

* Kiszka - chodzi o czołowego polskiego spintera lat powojennych Emila Kiszkę - KLIK

Pan Marcel Weyland, w swoim tłumaczeniu, zaktualizował ten fragment na: "Roaldinho, bravo!".

Tagi: cytaty
11:16, pharlap
Link Komentarze (3) »
środa, 30 marca 2016

Pamiętacie Państwo bajkę o ołowianym żołnierzyku?

Przeżył liczne przygody i wrócił szczęśliwie do domu, do ukochanej papierowej tancerki. Na kominku płonął ogień...

Kominek

Jakoś tak się zagadaliśmy, że wszyscy zapomnieli o żołnierzu i o tancerce. Dopiero następnego dnia przypomnial mi o nich ten ślad...

serce

11:29, pharlap
Link Komentarze (2) »
wtorek, 29 marca 2016

90-milowa plaża  - KLIK,
jest długa na 94 mile...

Plaza

siwy las stoi na jej straży...

Las

... by nie zbiegło się zbyt wielu wędkarzy...

Wedkarze

i każdy mógł złapać legalnie...

Gapowicze

rekinka, albo nawet dwa...

rekin

A jeśli ktoś nie łapie ryb,
las dla niego za gęsty,
plaża za krótka
(i nadmiernie zatłoczona),
to może po prostu patrzeć w dal
i nie musi wytężać oczu,
bo wszystko co naprawdę ważne
jest już w nas
lub poza horyzontem,
który nie istnieje... 

Ocean

xxx

Tagi: bez rymu
12:24, pharlap
Link Komentarze (2) »
sobota, 26 marca 2016

Najbardziej upragnionym momentem lekcji był dzwonek zwiastujący wielka pauzę. Nauczyciele opuszczali klasy, a chłopcy churmem, w pędzie wypełniali korytarz wrzaskiem i hałasem. (...) Już w czasie biegu przez korytarz w kierunku wyjścia na podwórko zaczynały się przelotne walki i wyścigi, by w całej pełni rozwinąć się na obszernym podwórzu.
Bez straty czasu organizowały się momentalnie grupy przy wcześniej juz umówionych zabawach.
Tu grano w zbijaka, tam w kukso, dalej w palanta kub narodowości. Używano przy palancie i narodowościach wyłącznie twardych, małych piłek, zwanych lankami. Gwoździem każdej rozgrywki była szansa wymierzenia przegrywającemu uderzenia lanką. Trafiony zdobywał często bolesny siniak przeważnie na miękkiej części ciała.
Spokojniejsi grali w kukso na zanczki pocztowe. Zabawa polegała na prawidłowym trafieniu łańcuszkiem w kółko wyrysowane na ziemi.

W narodowościacj każdy chciał być Polakiem, nie było chętnych do reprezentowania narodów ujarzmiających inne narody. Nie było nigdy Niemca ani Rosjanina, w czasie wojny grecko-tureckiej nie było Turków, a w czasie wojny burskiej Anglików.

W letnim okresie rzadziej zdarzały się bitwy, ale w jesieni, kiedy można było korzystać z kasztanów, albo w zimie z piguł ze śniegu, na podwórku wrzały zacięte walki.
Płakać lub skarżyć się za pobicie nikt nie myślał. Każdy wstydził się być "babą" czy "maminsynkiem", co narażało go na śmiech i przezwiska.

W czasie mego pobytu w gimnazjum były przeprowadzone dwie zmiany. Pierwsza w roku 1901 kiedy przeszedłem do 3-ej klasy, a druga w 1903 roku.
Do roku 1901 panowała jeszcze atmosfera przepojona pozostałościami ostrej, rusyfikacyjnej polityki Apuchtina, kuratora okręgu warszawskiego operującego ostrymi sankcjami wobec profesorów Polaków i młodzieży za wszelkie przejawy polskości.
Pomimo odejścia tego prześladowcy z zajmowanego stanowiska i nakazanego złagodzenia kursu, obasada nauczycielska i administracyjna, przepojona nawykami dawnej rutyny, nie mogła wyzbyć się dawnych przyzwyczajeń.
Ustały wprawdzie rewizje w domach rodzicielskich i na stancjach, ale na terenie gimnazjum pilnie szpiegowano uczniów, podsłuchiwano rozmawiających, przeglądano tornistry, prowokacyjnie wyrażano się z pogardą o narodzie polskim i jego historii.
Nieobowiązkowe lekcje języka polskiego były czystą parodią. Podręcznik Dubrawskiego był wydany w dwóch językach. Prawa strona podawała wyjątki z literatury i wiersze w języku rosyjskim, a lewa w polskim. Rozbiór gramatyczny, pytania nauczyciela i odpowiedzi uczniów prowadzone były w języku rosyjskim.

W pierwszych latach dyrektorem w naszym gimnazjum był Sokołow, traktujący swoje stanowisko jako synekurę. Miał zaledwie kilka godzin wykładów literatury rosyjskiej w klasie siódmej i ósmej, a sprawy administracyjne oddawał w ręce inspektora. Sam prowadził życie wygodne izolując się od bieżących spraw nauczycielskich i grona uczniów. Dla wielu uczniów był postacią mityczną, ponieważ nie mieli sposobności go oglądać.

Inspektor Jurkiewicz, Rosjanin, średniego wzrostu, z zaokrąglona figurą, ryży, z małą kozią bródką i świńskimi oczkami patrzył przez okulary w złotej oprawie na ucznia z podejrzliwością, jakby go chciał przeniknąć do głębi swymi małymi, świdrującymii oczkami.
W zachowaniu krzykliwy i niekulturalny. Ubierał się niezbyt staranniem był kawalerem i według panujących wersjii prowadził życie hulaszcze. W normalnych warunkach nie posiadał żadnych kwalifikacji na inspektora.
Wykładał w niższych klasach matematyki, ale był bardzo słabym nauczycielem i dopiero w wyższych klasach uczniowie uzupełniali swoje mierne wiadomości.

Instrukcje o zachowaniu się w kościele dawał nam na pierwszej lekcji prefekt ksiądz Cieślewski. Nie dużego wzrostu, korpulentny, rumiany na twarzy pomimo podeszłego wieku, ruszał się żywo i energicznie.
Był człowiekiem bojaźliwym i starał się być lojalnym wobec władz, choć wnosił instancję za uczniami na sesjach. Przy przesłuchiwaniu lekcji nie był zbyt wymagającym i stawiał wszystkim z religii na kwartał piątki.
Lekcje prowadził według katechizmu ksiedza Sokolika i podręczników, zatwierdzonych przez kuratora i cenzurę o Starym i Nowym Testamencie. Wykład jego był bardzo suchy. Uczniowie starali się czasem je ożywić i zadawali pytania. W klasach niższych traktował je jako niewczesne i zbywał potrąceniem po uszach i słowami nagany. W klasach wyższych jednym zdaniem przecinał rozmowę, nie dopuszczając do zadnej dyskusji.

Czernaziomow, który był opiekunem wstępnej klasy i wykładowcą rosyjskiego i matematyki, odnosił się do uczniów dosyć dobrotliwie. Był to Rosjanin, przystojny ciemny szatyn z obfitą brodą i miał sposób bycia, który mógł zjednać uczniów do atmosfery rosyjskiej w gimnazjum.
Podobno zarówno on, jak i Jurkiewicz "ułatwiali" dostanie się do gimnazjum. Niewątpliwie oni głównie decydowali o ocenach przy egzaminie, ale w traktowaniu uczniów nie można było zauważyć, aby okazywali specjalne względy wybranym.

W klasie wstępnej mielismy jeszcze nauczycieli od mniej ważnych przedmiotów: kaligrafii, rysunków, gimnastyki i nieobowiązkowego, a więc specjalnie upośledzonego języka polskiego. Wykładał go Łoszowski. Był to starszy pan pod sześćdziesiątkę, z nieudolnie farbowanymi włosami i wąsami, o bardzo miernej inteligencji w typie sekretarza gminnego. Zahukany i lekceważony przez swych kolegów nauczycieli trzymał się ściśle programu i wykładał język polski po rosyjsku.
(...)
Rosyjskiego wykładał nam Zamotin, Rosjanin. Był to najlepszy i najsympatyczniejszy sposród rosyjskiego zespołu profesor. Ukończył studia wyższe, był człowiekiem inteligentnym, w stosunku do uczniów życzliwym. Zachowywał się kulturalnie i nie należał do prześladujących polskość i Polaków. Przyszedł do naszego gimnazjum po odwołaniu ze stanowiska Kuratora Okręgu Naukowego Warszawskiego przez osławionego rusyfikatora Apuchtina.
...

czwartek, 24 marca 2016

Kontynuuję wątek tłumaczeń z języków obcych zainspirowany blogowymi rozważaniami na ten temat - KLIK.

Niedawno przeczytałem informację, że szykuje się nowe tłumaczenie W poszukiwaniu straconego czasu M. Prousta - KLIK (poprzednie tłumaczenie było autorstwa Tadeusza Boya-Żeleńskiego).

Dlaczego tłumaczyć po raz drugi?
Polecam lekturę zlinkowanego powyżej artykułu tłumaczki - pani K. Rodowskiej. Argumenty są ciekawe i jak dla mnie przekonujące. Dla zachęty wspomnę tylko, że zmienione zostanie nawet tłumaczenie tytułu powieści. Nowy tytuł - W poszukiwaniu utraconego czasu.

Pomarudzę tutaj nad tłumaczeniem dzieła znacznie mniejszych rozmiarów, w którym nowi tłumacze również zmienili tytuł...

Ojczyzna Planeta

Po lewej wydanie Pax z 1957 roku, tłumaczenie Maria Morstin-Górska. Po prawej wydanie Państwowego Instytutu Wydawniczego z 1960 roku, tłumaczenie Wiera i Zbigniew Bieńkowscy.

O ile w przypadku Prousta pani Rodowska przytacza istotny argument - w ciągu 80 lat język się zmienił, to w przypadku książki Antoine de Saint Exupery tłumaczenia dzieli zaledwie 3 lata.

Dlaczego w czasach "komuny", kiedy prawie wszystko było wspólne, ktoś zlecił ponowne tłumaczenie niedawno wydanej książki? To może być ciekawa sprawa, ale niestety nie mam możliwości przeprowadzenia śledztwa.
Widzę, że wszystkie wznowienia książki korzystają z tłumaczenia pp. Bieńkowskich.

Przez długie lata to była dla mnie bardzo ważna książka, poczynając od tytułu. Tego z pierwszego tłumaczenia - Ziemia - ojczyzna ludzi.
Ojczyzna - miejsce, z którego pochodzimy. To coś całkiem innego niż planeta - ciało kosmiczne, na którym mieszkamy.
Inna sprawa, że tytuł oryginału jest bardzo lakoniczny: Terre des hommes - Ziemia ludzi. Dla mnie ten tytuł jest bliższy terminowi ojczyzna. Ziemia ludzi - nasza ziemia - nie w kategorii właśności tylko przynależności.

Dla rozweselania podaję tłumaczenie tytułu na angielski - Man and His World - Człowiek i jego świat - to wygląda mi raczej na tytuł broszurki popularno-naukowej. Nie dziwię się, że korzystając z takich tłumaczeń arcydzieł literatury światowej, Anglosasi mogli sobie wyrobić przekonanie, że jedyna literatura warta czytania powstaje w jezyku angielskim.

Wrócę do rozwazań na temat problemów tłumaczenia książki przetłumaczonej zaledwie 3 lata wcześniej.
Czy w dziedzinie tłumaczeń obowiązuje prawo autorskie? Wydaje mi się, że tak. W takim razie, ile zdań można przetłumaczyć w ten sam sposób jak we wcześniejszym tłumaczeniu?
Patrząc na poniższy fragment, dochodzę do wniosku, że ani jednego.

Oto tłumaczenie prologu przez Marię Morstin-Górską...

Prolog1

A tutaj tłuamczenie pp. Bieńkowskich...

Prolog2

Przyznam się, że drugą książkę kupiłem tylko dlatego, że był w niej, niedostępny w samodzielnym wydaniu, Nocny lot.

Jak wspomniałem na początku zmiana tytułu mi się nie podobała i to rzutowało chyba na odbiór całego tłumaczenia - wydało mi się robione na siłę.

Tagi: cytaty
07:17, pharlap
Link Komentarze (4) »
wtorek, 22 marca 2016

Niedaleko od mojego mieszkania,
na skrzyżowaniu dróg,
napotkałem szczyt wyrafinowania,
po prostu zwaliło mnie z nóg...

Dom

Wypisane czarno na białym
co tylko wymarzyć bym mógł,
jest tylko problem mały:
na końcu listy jest - DLUG!

Dlug

Dług?
Na długie lata wróg.
Broń mnie Bóg!
Nie do pokonania to próg.

P.S. DLUG w języku nieruchomości znaczy - Double Locked Underground Garage.

09:20, pharlap
Link Komentarze (2) »
niedziela, 20 marca 2016

Brat mojego Ojca, stryj Stanisław w 1898 roku rozpoczął naukę w Warszawie, w III gimnazjum przy ul. Berga 1. Ulica Berga to obecnie ulica Traugutta. Gimnazjum mieściło się w budynku na rogu Traugutta i Krakowskiego Przedmieścia, tuż obok kościoła Świętego Krzyża...

III Gimnazjum

W roku 1915 budynek ten przejęło Gimnazjum im św Stanisława Kostki.

Poniżej wspomnienia Stryja...

W obszernym hallu urzędował w roli szwajcara, ubrany po wojskowemu i obwieszony orderami, emerytowany feldfebel. Był to staruszek z olbrzymimi bokobrodami i długimi wąsami. Mierzył surowym spojrzeniem wchodzących uczniów, a w dnie deszczowe pilnował, aby starannie wycierali obuwie.
W hallu znajdowały się drzwi do apartamentów inspektora i marmurowe schody wiodące do jeszcze bardziej obszernego mieszkania dyrektora.
Okna obu pięknych mieszkań wychodziły na Krakowskie Przedmieście.
Od ulicy Berga położone były lokale szkolne. Na prawo od wejścia z hallu drzwi prowadziły na szeroki korytarz, sklepiony u góry.
Po lewej stronie okna wychodziły na podwórko szkolne, odgrodzone od ogrodu, należącego do parafii św Krzyża, a po prawej stronie widac było szereg drzwi. Pierwsze wiodły do kancelarii, a zarazem "uczitielskojej" gdzie nauczyciele spędzali czas wolny.
Dalej w kolejności rozmieszczone były klasy: wstępna, pierwsza, druga, trzecia i czwarta.
Między drzwiami oparte o ściane stały ogromne szafy biblioteki uczniowskiej. Oczywiście zawierały książki pisane wyłacznie po rosyjsku.
Na drugiej ścianie między oknami w korytarzu wisiały obrazy z historii Rosji np. Przejście przez diabelski most armii Suworowa poczas kampanii włoskiej... 

Porter suvorov.jpg

Źródło: wikipedia - KLIK

W każdej klasie w rogu wisiała "ikona". Naprzeciwko ławek na podniesieniu stała katedra i fotel dla nauczyciela.
Z lewej strony przy katedrze stała tablica o dużych rozmiarach.

W klasie wstępnej gospodarzem był Czernoziomow i on zrobił nam wykład o obowiązkach ucznia.
Podał wykaz potrzebnych podręczników i kajetów. Wyjaśnił, że książki i kajety mają być obłożone szarym papierem a na wierzchu, na przylepionej nalepce, należy wypisać imię, nazwisko, klasę.
Każdy otrzyma dziennik (żurnał), w którym obowiązany jest codziennie wpisać lekcje i co było zadane. Przy każdej wymienionej lekcji była rubryka na postawienie stopnia. U dołu stronnicy, obejmującej tydzień nauki, było miejsce na uwagi o sprawowaniu i wymierzonych karach.

Czernoziomow oznajmił, że uczeń ma przychodzić do gimnazjum krótko ostrzyżony, ubrany przepisowo z paskiem i halsztukiem, w ubraniu zapiętym na wszystkie guziki, podobnie jak szynel, w którym nie wolno chodzić "na razpaszku".
Zabrania się uczniom palenia papierosów, używania alkoholu. Do teatru wolno chodzić tylko za każdorazowym zezwoleniem inspektora. Na ulicy zachowywać się przyzwoicie. Przy spotkaniu nauczyciela powitać go ukłanem czapki.W gmachu surowo zabrania się rozmawiać po polsku.

Każdy uczeń obowiązany jest znać "otczestwo" i tytuły osób panującego domu, a w "galówki" być na nabożeństwie w kościele razem ze swoją klasą. W te dnie obowiązuje przyjście o godzinie 8 i pół. W klasie gospodarz klasy sprawdza obecność według dziennika i prowadzi klasę do kościoła.
(...)
Na zapytanie nauczyciela dyżurny powinien wskazać ucznia zachowującego się niewłaściwie. Jeśli tego nie wie, sam otrzymuje karę za niewywiązanie się z obowiązków.

Dyżurny na pierwszej i ostatniej lekcji odmawia modlitwę. W jej treści był zwrot dotyczący "monarchy". Uczniowie nie chcieli modlić się za niego, czasem opuszczali to słowo. Było to przestępstwo.
Łagodniejsi profesorowie nie zwracali na to uwagi, udając, że nie zauważyli opuszczenia. Czasem kazali powtórzyć modlitwę, ale ogólnie traktowano ostro takie opuszczenie.
"Nie umiesz jeszcze modlitwy - zostań na dwie godziny "karceru", to się jej nauczysz!" i wpisywano dwóję ze sprawowania.

We wstępnej klasie było nas 45-ciu. Po kilku dniach orjentowaliśmy się całkiem dobrze w nowych warunkach. Wiedzieliśmy o wymaganiach nauczycieli i o tym w jaki sposób traktować narzucone rygory i jak się chronić przez konsekwencjami wykroczeń. 

Wyłożono nam też zasady koleżeństwa.
Nie wolno się skarżyć na kolegę ani wydać go. Dyżurny, który podał nazwisko kolegi nauczycielowi, uzyskiwał przydomek "lizus", "skarżypyta" i dodatkowe "lanie".
Wbrew zarządzeniu uczniowie Polacy rozmawiali ze sobą wyłącznie po polsku. Jeśli był blisko nauczyciel lub "pedel" pilnujący porządku i szpiegujący uczniów, unikali jakiegokolwiek odzywania się.
Wszyscy woźni byli rdzennymi Rosjanami i chociaż odnosili się do uczniów bez niechęci nie budzili w nas zaufania. Ogół nauczycieli Rosjan miał nastawienie tępienia ducha polskiego, a nauczyciele Polacy unikali komplikacji, które mogłyby pozbawić ich zajmowanego stanowiska.

10:36, pharlap
Link Komentarze (3) »
czwartek, 17 marca 2016

Mam na myśli modlitwę przed komunią:
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata...

Pamiętam jeszcze ze szkolnych lat wersję łacińską:
Agnus Dei qui tollis peccata mundi...

Przez 40 lat nie zastanawiałem się nad dokładnością tłumaczenia. Dopiero w Kuwejcie, gdy usłyszałem chór złożony głównie z Filipińczyków, którzy śpiewali:
Lamb of God, who takes away the sins of the world...

Take away? Tak jak w barze oferującym dania na wynos? Grzechy na wynos? Rozśmieszyło mnie to, myślałem, że może to jakiś uproszczony angielski - pidgin English. Okazało się, że nie, to oficjalna wersja.

Jakże cudowna wydała mi się wtedy wersja polska. Gładzisz znaczy zabijasz, ale również głaszczesz, wygładzasz.
Tak jest - zabicie grzechu, przebaczenie - to tylko część procesu. Poczucie winy musi się zabliźnić, trzeba je wygładzić, pogłaskać. Że też tylko Polakom przyszło to głowy? W innych krajach to źródło zarobków dla psychologów.

Ciekawe rozważania na ten temat snuje Kazimierz Brandys w książeczce Dżoker:
"Kilka lat temu spytałem, co się dzieje z odpuszczoną winą. Nikt nie dosłyszał...
No dobrze, ale jednak przypuśćmy: skrzywdziłem Panią, złamałem Pani życie. Pani mi przebaczyła - i co dalej?
Czy sprawa została załatwiona i można uznać ją za niebyłą? Powiedzmy, że Pani ją sobie rozwiązała, pięknie, a ja? Czy mi już wolno zatańczyć? Złamałem Pani życie, Pani mi odpuściła, czy to znaczy, że moja wina przestała istnieć - czy nie, czy jeszcze muszę coś zrobić? 
Więc może mam cierpieć? Cierpiałbym gdyby mi Pani nie odpuściła, natomiast w tej sytuacji, po przebaczeniu, chyba powinienem trochę inaczej cierpieć. Ale jak: mniej czy więcej? Coś mi się tu nie zgadza. Wszystko byłoby jasne, gdyby Pani powiedziała: nie mogę panu odpuścić, niech panu Bóg odpuści."
Tak jest - niech Baranek Boży zgładzi pana grzech. 

 Pozwolę sobie jeszcze kontynuować narrację K. Brandysa...
"... najlepiej takie sprawy załatwia Sienkiewicz: przeskakuje otchłań w kaloszach pożyczonych od księdza proboszcza.
Polak przebacza Niemcowi, który wyłupił mu oczy i zamęczył córkę. Zamiast go powiesić puszcza go wolno, po czym Niemiec własnoręcznie się wiesza na drzewie...
Pan Henryk był dobrym scenarzystą. Wiedział, że masy odbiorców po przebaczeniu będą domagać się kary. Pogańskie: wina-zemsta zastąpił katolickim: wina-przebaczenie-kara. Rezultat ten sam: Niemiec wisi".

Poprosiłem google translate o sprawdzenie łacińskiego słowa - tollis. Wpisywałem litera po literze, gdy wpisałem toll pojawiło się tłumaczenie - myto, cło. Świetnie, dokładnie takie znaczenie ma angielskie słowo toll. Dalej - tolli - brać, przejąć. To drugie znaczenie mi odpowiada - wziąć na siebie. 

Sprawdziłem jeszcze tłumaczenie z łaciny na francuski - prendre - zabrać, i na niemiecki - eliminiert. To ostatnie brzmi jak rozkaz egzekucji, nie zaskoczyło mnie to.

Tagi: cytaty
10:25, pharlap
Link Komentarze (4) »
wtorek, 15 marca 2016

Poniższe zdjęcie zrobiłem kilka dni temu w nasyconej włoskimi restauracjami dzielnicy Melbourne...

Lody

Zauważyłem to tylko dzięki nieznośnemu hałasowi miniskutera a przecież powinno być: Lody! Loooooody!

We wczesnym dzieciństwie taki sygnał to była jedyna okazja aby zjeść loda. Matka dawała mi pieniądze i biegłem do bramy gdzie cierpliwie czekał lodziarz. Oczywiście nie na skuterze i w ogóle nie taki jak powyżej.
Wrzuciłem na google hasło lodziarz - wyskoczyło sporo zdjęć, większość bez sensu. Wrzuciłem ice cream seller - trochę lepiej...

Lodziarz

"Mój" lodziarz miał przed sobą białe, nieco odrapane, pudło bez żadnych napisów. W pudle był pojemnik z lodami obłożony kostkami lodu. Te kostki lodu pochodziły z lodu zebranego podczas zimy czyli 3-5 miesięcy wcześniej.

Wafle... nie, nie były wcale stożkowe tylko dwa kwadratowe kawałki wafla, między które lodziarz wkładał jedną lub dwie kulki lodów. Właśnie takie najbardziej mi smakowały. Były raczej miękkie, wafle szybko namiękały lodową masą. Można je było wtedy zacisnąć ustami dookoła w coś w rodzaju pieroga. Potem powolutku obgryzałem dookoła. Ta mieszanka lodów i wafla smakowała mi najbardziej.
Wafle stożkowe wprowadzili  znacznie później.
Dopiero po ostatniej klasie szkoły podstawowej, na wakacjach nad morzem, poznałem fabrycznie produkowane lody pingwin i mewa, na patyku, roznoszone po plaży w niewielkim pudełku.

To wszystko przypomniało mi się na widok tego lodo-skuterzysty. Nawet nie przyszło mi do głowy żeby go wzywać, nie był z mojej bajki.

10:00, pharlap
Link Komentarze (1) »