Wpisy z tagiem: zasłyszane

środa, 11 maja 2016

Wczoraj rano, bardzo rano, usłyszałem w radio informację:
- Pogoda, pogoda według meteorologów będzie dzisiaj...  yyy ...będzie najgorsza od wczoraj.

Święta racja...

Najgorsza

Za to dzisiaj pogoda... była najlepsza od wczoraj...

Najlepsza

Jakże wiele zastosowań może mieć ta formuła!

Dzięki niej gwałtownie wzrośnie ilość najlepszych wydarzeń w moim życiu.
Ktoś powie, że identycznie wzrośnie ilość najgorszych wydarzeń. Nie będzie miał racji.
Po pierwsze obecnie ilość niezbyt dobrych wydarzeń znacznie przekracza ilość tych dobrych, tak że proporcja znacznie się poprawi.
Po drugie, to "od wczoraj" można zamruczeć tak niewyraźnie, tak jakby go nie było.

W ten sposób dzisiejszy dzień był moim najszczęśliwszym dniem od wczoraj. Głównie za sprawą koncertu, na którym wykonano ten utwór - KLIK.

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Dzisiaj (25 kwietnia) obchodzimy w Australii ANZAC Day czyli święto żołnierza.

Okazją jest rocznica bitwy pod Gallipoli - 25/4/1915. Pisałem o tym kilka razy:
Historia bitwy - KLIK,
ANZAC Day i sprawa polska - KLIK.
Żołnierz, którego nie było - KLIK.

Wydawało mi się, że już więcej nic nie dodam do tego tematu, a jednak...

Znęcony piękną pogodą pojechałem dzisiaj na rowerze do miasta. W drodze powrotnej skorzystałem z pociągu. Koło mnie siedzieli dwaj panowie, weterani jakiejś wojny, którzy uczestniczyli w dzisiejszej paradzie. Na piersiach brzęczały im odznaczenia.
Jednym uchem przysłuchiwałem się ich rozmowie:
- A co ty masz na krawacie? Trupią czaszkę i piszczele? - spytał jeden.
Spojrzałem na krawat... 

Krawat

Nie byl dokładnie taki, ale zdecydowanie była na nim trupia główka.

- Tak, to znak załóg łodzi podwodnych - odpowiedział właściciel krawata.
Przyjrzałem mu się uważniej. Rzeczywiście, w klapie marynarki miał jakiś znaczek z napisem Submarines.

- Łodzie podwodne i piracki znak? - dziwił się pierwszy pan ( i ja też).
- A tak - odpowiedział - po raz pierwszy łodzi podwodnych na dużą skalę użyli Niemcy podczas I Wojny Światowej. Niektórzy, tradycyjni, dowódcy uważali to za niegodne. Wiadomo, żołnierz nie powinien walczyć z ukrycia.
Najlepiej w czerwnym mundurze i błyszczącym hełmie - dopisek mój.
I z tego powodu porównali łodzie podwodne do piratów. Brytyjski admirał, sir Arthur Wilson, stwierdził: "... to jest nie-angielskie... personel łodzi podwodnych powinien być powieszony jako piraci". Jego rodacy wykazali się poczuciem humoru i od tego czasu brytyjskie łodzie podwodne tradycyjnie ozdabiano piracką flagą - Jolly Roger - KLIK.

HMS Utmost -1-.jpg
Wikipedia - By Hampton, J A (Lt) Royal Navy official photographer.

Często warto podsłuchać co mówią starsi ludzie.

10:47, pharlap
Link Komentarze (2) »
czwartek, 10 marca 2016

Oczywiście mam na myśli dopingową wpadkę słynnej tenisistki - KLIK.

Po pierwsze i najmniej istotne, to nadziwić się nie mogę, że osoba prowadząca tak duży byznes nie zatrudniła nikogo kto pilnowałby tak istotnych spraw.

Po drugie chciałbym zwrócić uwagę na istotny dla mnie fakt. Meldonium było na rynku od wielu lat i bóg wie ilu sportowców z niego korzystało. WADA - agencja antydopingowa - dopiero pod koniec zeszłego roku uznała, ze należy wpisać ten preparat na listę substancji zakazanych.

Z tego wynika trzecie - kontrola antydopingowa ma bardzo mało sensu. Producenci środków wspomagających wyprzedzają czasem nawet o 10 lat instytucję kontrolującą. 
Sportowcy często składają uroczyste deklaracje, że są "czyści", ale oznacza to tylko, że ich opiekunowie trzymają palec na pulsie i obserwują ruchy agencji antydopingowej.

I wreszcie czwarte czyli  co ja myślę o tej sprawie.
Otóż myślę już od dawna, a może nawet od samego początku, że kontrola antydopingowa powinna być zniesiona.
Jak wskazuje powyższy przykład cała ta kontrola to musztarda po obiedzie. Meldonium było legalne przez 10 lat! Toż w większości przypadków tyle trwa kariera sportowej gwiazdy.
Mój argument natury bardziej ogólnej jest taki: sport to zawód, dlaczego spośród tysięcy zawodów upatrzono sobie właśnie ten jeden i stosuje się tu jakieś ograniczenia?
Wiadomo, że wielu wybitnych artystów i twórców korzystało z przeróżnych środków pobudzających a jakoś nikomu nie przychodzi do głowy żeby zdyskwalifikować ich dzieła. Miliony ludzi bierze przeróżne medykamenty żeby oszukać chorobę czy złe samopoczucie i stawić się do pracy - też powinno się ich zdyskwalifikować. Mógłbym tę listę wydłużać w nieskończoność. 

Wiem jakie są kontrargumenty - sport to zdrowie, również dzieci uprawiają sport.

Jeśli chodzi o ten pierwszy to chyba nikt już nie ma złudzeń, że sport na poziomie wyczynowym może być dobry dla zdrowia.
Argument drugi - dzieci niech sobie sport uprawiają, dla przyjemności. Jeśli natomiast rodzice, dla zaspokojenia swoich ambicji czy marzeń, ukierunkowują życie dziecka na karierę zawodowego sportowca, to raczej nie zawahają się podac mu "legalny" środek dopingujący.

P.S. Przed chwilą - piatek, 8:50 czasu polskiego - dowiedziałem się, że mój skromny wpis został zlinkowany na stronie Gazeta pod dramatycznym tytułem...

Link

Ten tytuł to pewnie opinia kogoś w Bloxie lub Gazecie, ale nie ma zupełnie związku z moim wpisem gdyż ja w ogóle nie wypowiadam się we wpisie na temat winy. 
W związku z powyższym przepraszam moich dwóch komentatorów za odpowiedź na ich komentarze gdyż nie wiedziałem dlaczego mój wpis odczytali błędnie. 

Przy okazji nasuwa mi się kolejna sugestia - wprowadzić cenzurę prasy :)

środa, 03 lutego 2016

Podczas wakacji wielkanocnych poznałem wesołego pana. Nosił popularne w Polsce imię, ale wszyscy nazywali go Kuśwa. Ten przydomek to był wyraz, który nie schodził mu z ust. Śmiesznie brzmiało to w wykonaniu dzieci:
- Mamusiu, pan Kuśwa dał mi czekoladowe jajko.

Pan Kuśwa przyjechał do Australii wraz z falą solidarnościowej emigracji czyli w latach 1982/83. Znalazł pracę w farbryce opon Dunlop. Pracowało tam wielu świeżoprzybyłych Polaków. Majstrami i brygadzistami byli Jugosłowianie i chętnie przyjmowali Polakow do najprostszych prac.
Pan Kuśwa był potężnym osiłkiem więc dostał pracę przy transporcie opon. Ciężka fizyczna praca wymagająca wielkiej siły. Nic dziwnego, że po dość krótkim czasie doznał kontuzji kregosłupa. Ubiegał się o rentę inwalidzką, ale to trwało dość długo więc póki co przesunięto go do lekkiej pracy zastępczej - ocierać koledze pot z oczu.
Ten kolega, też Polak, był niezwykle wydajnym operatorem maszyny, w której przygotowywano metalowy szkielet opony. Trzeba było sprytnie ułożyć wiele drutów i nacisnąć guzik żeby prasa je zacisnęła. Nasz przodownik pracy robił to kilka razy szybciej niż inni, ale często musiał ocierać pot z czoła. Uznano, że jeśli ktoś go w tej jałowej czynności wyręczy to zwiększona wydaność pracy pokryje zarobki pomocnika.
Przydzielono pana Kuśwę. Robota szła jak z płatka, ale któregoś dnia panowie, jak to Polacy, zagadali się o polityce. Dyskusja była tak zażarta, że pan Kuśwa zasłonił koledze oczy w momencie naciskania guzika prasy. Rezultat - kilka obciętych palców.
- Jest mi za to wdzięczny - twierdził pan Kuśwa - dostał duże odszkodowanie, otworzył byznes i dobrze mu się powodzi. Bez tego odszkodowania dalej tłukłby te opony.

Pan Kuśwa dostał też jakieś odszkodowanie czy rentę, też prowadził jakiś skromny byznes. Kilka razy wspominał o zamiarze powrotu do Polski, że koledzy go namawiają, że żona oponuje. Wreszcie pojechał z wizytą.
Wrócił zdruzgotany.
- Przecież namawiali mnie, prawie prosili żebym przyjechał, a ja, kuśwa, siedziałem tu jak głupi.
Okazało się, że jego koledzy to obecnie (rok 1994/5) śmietanka polskiego byznesu.

Wreszcie zdecydował się na wizytę w Polsce żeby sprawdzić sprawy na miejscu. Na dworcu w Krakowie czekała na niego limuzyna. Zawiozła go do domu jednego z kolegów....
- To był, kuśwa, pałac. W Australii takiego, kuśwa, nie widziałem.
Pozostali koledzy byli podobnie urządzeni. Śmiali się z niego - małowierny - kolegom z wojewódzkich komitetów nie wierzył.
Wymieniał nazwy znanych mi przedsiębiorstw. Prywatyzacja - jak ktoś miał dojścia, to można było załapać się na każde z nich. 
Wrócił do Australii załamany.

Jednak koledzy tak całkiem o nim nie zapomnieli. Po pewnym czasie wrócił do Polski, dostał udział w jakimś cmemtarzu, potem doszła stacja benzynowa.

Pisząc moje wspomnienia z czasów PRL - KLIK - byłem sfrustrowany i zasmucony niemożnością znalezienia na internecie informacji o czołowych zakładach pracy z czasów komuny. Wszystko wyparowało. Wydaje mi się, że wizja czasów komuny, z których nie pozostało nic wartościowego była i jest wygodna dla wszystkich.

07:55, pharlap
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 16 listopada 2015

Czytam sobie powolutku książkę On the trail of Genghis Khan. Autor - Tim Cope - Australiczyk, który przejechał samotnie na koniu cały szlak wojsk Dżyngis Chana - od Karakorum w Mongolii do Opusztaszer na Węgrzech nad brzegiem Dunaju. 10,000 km, trzy lata podróży.

Czytam powolutku bo tak właśnie posuwa się bohater opowieści.
Tego typu opowieści mają to do siebie, że o ich głównym nurcie - jeździe na koniu - niewiele można powiedzieć - po prostu pa-ta-taj. Większość relacji to co zdarzyło się na postoju.

Już na pierwszym postoju, w Mongolii, bohaterowi zginęły w nocy 2 konie. Miał ich trzy. Ruszył na poszukiwanie. Napotkał kilka grup nomadów, słuchali jego opowieści i uśmiechali się ironicznie. W końcu zauważył swoje konie w jakimś stadzie. Właściciel stada oddał mu je bez problemu, ale nie mial zamaru składać żadnych wyjaśnień.

Podczas jazdy wzdłuż jeziora Bałchasz w Kazachstanie wielkim problemem był brak wody do picia gdyż we wschodniej części jeziora woda jest słona a dookoła pustynia. Jedynym wyjściem było dojechać do linii kolejowej przy której od czasu do czasu trafiały się punkty kontrolne zaopatrywane regularnie w wodę. W jednym z takich punktów Tim spotkał większą grupę pracowników kolei, którzy przyjechali wykonać prace naprawcze. Wieczorem zorganizowali uroczystą imprezę. Podczas przyjęcia jeden z gości zaczął nalegać żeby Tim sprzedał mu konia (miał ich aż trzy). Tim odmówił na co gość, nazywany Mongołem, ostrzegł go, że słyszał jak w mieście ludzie mówili o wyprawie Tima i planowali ukraść mu konie. Tim nie przejął się zbytnio gdyż do miasta było daleko a on zamierzał opuścić to miejsce rano więc beztrosko zasiadł do suto zakrapianej kolacji. W którymś momencie coś go tknęło - wyjrzał z izby - pod drzwiami czekal na niego jego pies, mocno zdenerwowany, w oddali zauważył jakąś szamotaninę. Okazało się, że to był Mongoł, ten sam, który ostrzegał go przed złodziejami, zamierzał ukraść jego plecak i konia.
Tim podniósł wielki krzyk - złodziej!!! Jednak uczestnicy kolacji nie przejęli się zbytnio a złapany na gorącym uczynku Mongoł wrócił jakby nigdy nic do stołu. Okazało się, że jest to zgodne z tradycją nomadów Mongolii i Kazachstanu - barimta - znaczy - to co mi się należy. Według tej tradycji osoba, która nie potrafi dopilnować swojego konia zasługuje na to by jej go ukradli. Jeśli potrafi zidentyfikować złodzieja to może w rewanżu ukraść mu dowolną rzecz a nawet żonę. Najbardziej honorowo jest dokonać kradzieży w biały dzień - to jest dowodem, że złodziej zasługuje na swój łup.

Relacja Tima tutaj - KLIK.

Rosjanie w 1812 roku zakazali tego zwyczaju, ale po 180 latach Rosjanie odeszli a zwyczaj powrócił.

Powyższe nie wiąże się w żaden sposób z moimi wspomnieniami - KLIK.

sobota, 16 maja 2015

Trzy dni temu pisałem o pani, która pozbywała się swojego dobytku bo spieszyła się do Kenii. Dzisiaj znalazłem taką wiadomość - KLIK

09:11, pharlap
Link Komentarze (4) »
piątek, 27 marca 2015

 Traditionally, Chinese was written in vertical columns from top to bottom;
the first column being on the right side of the page,
and the last column on the left.

Wikipedia  KLIK.

Kilka dni temu znajoma nauczycielka angielskiego opowiadała o doświadczeniach z pracy w sobotniej szkole gdzie prowadzi dodatkowe lekcje dla dzieci świeżo przybyłe z Chin.

Sama radość. Rodzice witają mnie już z daleka, otwierają drzwi, co chwila za coś dziękują. A dzieci - jakie grzeczne, zdyscyplinowane, jak się garną do nauki.

Tylko jeden kłopot, oni nie chwytają żadnych aluzji, przenośni. Dyskutujemy przeczytany tekst, pytam - o czym to jest? Patrzą zdziwione, jak to o czym, powtarzają dosłownie fragmenty 

Czytajcie między liniami - mówię. Czymprędzej patrzą uważnie na tekst a potem na mnie zupełnie zdezorientowane - tam między liniami nic nie jest napisane.

Rita - wtrąciłem - przecież w chińskim pisze się pionowo. Powiedz im żeby czytali między rzędami.

12:25, pharlap
Link Komentarze (7) »
czwartek, 08 stycznia 2015

We wtorek wzięliśmy obu chłopców na plażę.

Przejeżdżaliśmy obok cmentarza, który zawsze prowokuje dzieci do ciekawych uwag.
Ambroży - prawie 4 lata - kategorycznie stwierdził: Dziadzia, kiedy ja umrę to zostanę pochowany koło ciebie.
Nareszcie jakaś dobra wiadomość na temat przyszłości.

W drodze puściłem dzieciom nagranie bajki o kopciuszku. Jest w niej krótka piosenka, w której brzydkie siostry odpowiadają matce - Oj mamo, oj mamo, ciągle w kółko to samo. Spytałem Feliksa czy pamięta tę piosenkę. Nie pamiętał. A przecież 5 lat temu śpiewał ją wraz z siostrą regularnie...

Na plaży, jak na nasze stosunki, duży tłok..

Plaza

07:19, pharlap
Link Komentarze (3) »
piątek, 07 listopada 2014

Miesiąc temu byłem na imprezie pod kryptonimem - SIP (łyczek) - Spirituality In the Pub. Zapowiadał się bardzo interesująco - KLIK

Prelegentką była Arda Aghazarian pochodząca z ormiańskiej rodziny, która w 1915 roku uciekła z maltretowanej przez Turków Armenii do Jerozolimy.

Na marginesie wspomnę, że Armenia była pierwszym na  świecie państwem, które przyjęło (w 301 roku) chrześcijaństwo jako oficjalną religię.
Apostolski Kościół Ormiański odgrywał istotną rolę w życiu religijnym na Kaukazie, Bałkanach i Bliskim Wschodzie. Kościół Ormiański jest współwłaścicielem Bazyliki Grobu Pańskiego w Jerozolimie i Bazyliki Narodzenia Pańskiego w Betlejem.

Na wstępie wypiłem kufel piwa żeby dobrze nastroic się do imprezy.

Arda Aghazarian okazała się być osobą bardzo elokwentną, dowcipną, pełną pasji i energii. Przypominała mi moje jordańskie, palestyńskie i irackie koleżanki pracy w Kuwejcie.

Rozpoczęła od krótkiego przypomnienia najnowszej historii swojego regionu. Po I Wojnie Światowej i pokonaniu przez Aliantów Cesarstwa Ottomańskiego, Liga Narodów przyznała Wielkiej Brytanii tak zwany Mandat Palestyny.
Rodzina Ardy wspomina ten okres bardzo sympatycznie - chrześcijanie, muzułmanie, Arabowie, Żydzi - żyli w dobrosąsiedzkej zgodzie.  Pewien niepokój wywoływał napływ imigrantów żydowskich , głównie ze wschodniej Europy. Deklaracja Balfoura nęciła ich wizją utworzenia "domu" dla Żydów na terenach Mandatu Palestyny.

W 1947 roku wizja stała się faktem - ONZ podjęła rezolucję o utworzeniu państwa Izrael. W tym czasie Żydzi stanowili tylko 1/3 mieszkańców Palestyny a w ich posiadaniu było zaledwie 6% terenów uprawnych. Rezolucja ONZ przyznawała Żydom 55% terenów a Palestyńczykom tylko 45%. Kraje arabskie złożyły ostry protest, ale większość narodów była pod wrażeniem zbrodnii Holocaustu. Za zbrodnie nazistów mieli zapłacic Palestyńczycy.

Oczywiście Palestyna nie zgodzila się na ustalony przez ONZ podział. W 1948 roku Żydzi odpowiedzieli akcją zbrojną i zajęli 78% terytorium Mandatu Palestyny pozostawiając 22% rodowitym mieszkańcom. Jerozolima, podzielona między Żydów i Arabów, pozostała świętym miastem.
W 1967 roku, w wyniku wygranej przez Izrael 6-dniowej wojny (rozpoczętej przez kraje arabskie), Palestyńczycy utracili swoją część Jerozolimy prócz tego Izrael wprowadził kontrolę terenów formalnie należących do Palestyny.

Arda Aghazarian wyliczyła 5 kategorii Palestyńczyków - wysiedleni w 1948 roku i przebywający nadal w obozach dla uchodźców, mieszkańcy Zachodniego Wybrzeża Jordanu, mieszkańcy Gazy, mieszkańcy Izraela posiadajacy obywatelstwo izraelskie z mocno ograniczonymi prawami, i wreszcie mieszkańcy byłej Wschodniej Jerozolimy przyłączonej w 1967 roku do Izraela. Ona należy do tej ostatniej kategorii i posiada paszport jordański, który służy jej wyłącznie jako dokument identyfikacyjny - nie upoważnia jej do wjazdu czy zamieszkania w Jordanii. Wyjeżdżając z Izraela posługuje się izraelską kartą podróżną, która jest ważna tylko 2 lata i może zostać w każdej chwili unieważniona.

Następnie opisała warunki życia na terenach nominalnie palestyńskich. Za dużo tego i zbyt smutne i okrutne żeby przytaczać tutaj.
Zakończyła uwagą, że Australia, obok USA, jest jedynym państwem bezkrytycznie popierającym każdy ruch Izraela i prosiła o pomoc moralną.
Prowadząca imprezę pani z YWCA zaapelowała - wkrótce wybory - piszcie listy do swoich posłów (w Australii mamy jednomandatowe okręgi wyborcze) żeby coś zrobili w tej sprawie. 

Rozpoczęła się dyskusja - ja wyskoczyłem pierwszy.
Pierwsze pytanie - jak Ty, jako Palestynka, przyjmujesz czytane podczas mszy fragmenty Starego Testamentu, w których Bóg obiecuje Izraelowi tereny zamieszkałe przez inne ludy i wspiera Izrael w fizycznym wypędzeniu tych ludów? Przypomniałem również, że w języku arabskim litera P nie istnieje a zatem słowo Palestinian wymawia się Filistynian. 
Niestety zamiast Ardy odpowiedziała mi pani z YWCA - to jest Stary Testament a Jezus powiedział, że jesteśmy wszyscy dziećmi Abrahama.

No i po co ja chodzę na takie imprezy, na których tylko nerwy tracę?? 
Co z tego, że Stary Testament. Przecież liturgia okresla to jako Słowo Boże i nakazuje odpowiedzieć: Bogu niech będą dzięki.
Co to za ciuciubabka między starotestamentowym Bogiem i Jezusem? Przecież wyznanie wiary (Credo) mówi, że Jezus "jest współistotny Ojcu i przez Niego wszystko się stało". A zatem gdy Mojżesz wznosil ręce do Boga i wtedy Bóg pomagał Jozuemu zabijać Amalekitów (Exodus 17:10) to Jezus (i Duch Święty pewnie też) w tym uczestniczył.

Drugie pytanie zadałem już bez wielkich nadziei.
Mamy pisać listy do parlamentarzystów. Bardzo chętnie. Czy możesz nam podać listę konkretnych akcji, inicjatyw, jakich mamy się domagać?
Pani prowadząca imprezę odpowiedziała - słyszeliśmy tutaj jaka niesprawiedliwość się tam dzieje, prośmy żeby tych ludzi traktować humanitarnie.

Ręce mi opadły - traktować humanitarnie -  mój parlamentarzysta i jego izraelski odpowiednik tylka czekają na takie prośby. Mają gotową odpowiedź - są traktowani tak humanitarnie jak lokalne warunki pozwalają.
Jeśli inne organizacje popierające wolne państwo palestyńskie działaja w ten sam sposób to nie dziwię się desperacji bojowników Hamas.

A ja, dla pokrzepienia ducha wypiłem drugie piwko. 

wtorek, 22 lipca 2014

Ostatnio moim wnuczętom i mnie bardzo podoba się kreskówka Ben and Holly's Little Kingdom - KLIK. Dzisiaj ogladaliśmy stary odcinek na temat dnia ojca. Ojcowie dostali dzień wolny i przy okazji pograli w koszykówkę Na sędziego zgłosiła się moja ulubienica - Fairy Plum...

Fairy Plum

Reguł koszykówki nie znała, ale wystarczyło jej jedno zdanie i już była gotowa - ZACZYNAMY.. GOL!!!

- Fairy Plum, w koszykówce nie ma goli tylko punkty.
- Wszystko jedno - pięć punktów!
- Ale tak sie nie liczy punktów..
- Żółta kartka!
- Ale...
- Czerwona kartka!

Ojcowie zmęczyli się dośc szybko grą. Widząc to Fairy Plum zakończyło mecz przyznając swojej ulubionej drużynie 100 milionów punktów. Widząc frustrację pokonanych przyznała im również 100 milionów punktów i wszyscy rozeszli się zadowoleni.

Jako były sportowiec, który nigdy nie wygrał żadnej imprezy przyjąłem to równiez z satysfakcją. Wyobraziłem sobie, że tak włąśnie wyglądałby sport w świecie kobiet. Paradoksalna zabawa zakończona paradoksalnym wynikiem. Bo czyż nie jest paradoksem rywalizacja w kopaniu bądź odbijaniu piłki? To mężczyźni nadali temu rangę rytuału uregulowanego przepisami z sędziami, trybunałem, międzynarodowa federacją. W ten sposób takie paradoksalne i wydawałoby się niewinne zajęcia stały się dziedzinami gospodarki zatrudniającymi miliony osób.
To są niefortunne skutki zbyt poważnego podejścia do niepoważnych spraw.

A szachy? 
Czytałem gdzieś rozważania na temat szachowych osiągnięć kobiet i wyczytałem, że intelektualnie kobiety całkowicie dorównują mężczyznom w tej dziedzinie, ale brakuje im instynktu straceńca a tego wymaga gra w na poziomie arcymistrzowskim. Mężczyźni potrafią oddać się bez końca zupełnie bezsensownej czynności. Do końca, do samozatracenia. Natomiast w podświadomości kobiet zawsze funkcjonuje instynkt samozachowawaczy - a kto jutro nakarmi rodzinę? 

Często zauważam informacje o tym, że oto kobiety zdobyły kolejny bastion dotychczas zarezerwowany dla mężczyzn. Jest to głoszone z dumą i radością a mnie to smuci gdyż oznacza to, że kobiety przyjęły męskie zasady gry. Według mnie wygrywają bitwy, ale przegrywaja wojnę, wojnę o zachowanie własnego charakteru.

Mądrzy Francuzi mówili - vive la différence. Obecny świat doszedł do wniosku, że wolność polega na tym, że wszyscy są jednakowi.
Paradoks? Tak.
Traktowany poważnie i obwarowany regułami? Tak.
W takim razie jest to męska gra.

15:04, pharlap
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2