Wpisy z tagiem: wspomnienia

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Hoppet

Wspomnienie wielu zim - prosze kliknąć w zdjęcie.

czwartek, 28 kwietnia 2016

... I nadal świeże. Piszę o tym tutaj - KLIK.

To już mój 120 występ gościnny - pełna lista tutaj - KLIK.

wtorek, 15 marca 2016

Poniższe zdjęcie zrobiłem kilka dni temu w nasyconej włoskimi restauracjami dzielnicy Melbourne...

Lody

Zauważyłem to tylko dzięki nieznośnemu hałasowi miniskutera a przecież powinno być: Lody! Loooooody!

We wczesnym dzieciństwie taki sygnał to była jedyna okazja aby zjeść loda. Matka dawała mi pieniądze i biegłem do bramy gdzie cierpliwie czekał lodziarz. Oczywiście nie na skuterze i w ogóle nie taki jak powyżej.
Wrzuciłem na google hasło lodziarz - wyskoczyło sporo zdjęć, większość bez sensu. Wrzuciłem ice cream seller - trochę lepiej...

Lodziarz

"Mój" lodziarz miał przed sobą białe, nieco odrapane, pudło bez żadnych napisów. W pudle był pojemnik z lodami obłożony kostkami lodu. Te kostki lodu pochodziły z lodu zebranego podczas zimy czyli 3-5 miesięcy wcześniej.

Wafle... nie, nie były wcale stożkowe tylko dwa kwadratowe kawałki wafla, między które lodziarz wkładał jedną lub dwie kulki lodów. Właśnie takie najbardziej mi smakowały. Były raczej miękkie, wafle szybko namiękały lodową masą. Można je było wtedy zacisnąć ustami dookoła w coś w rodzaju pieroga. Potem powolutku obgryzałem dookoła. Ta mieszanka lodów i wafla smakowała mi najbardziej.
Wafle stożkowe wprowadzili  znacznie później.
Dopiero po ostatniej klasie szkoły podstawowej, na wakacjach nad morzem, poznałem fabrycznie produkowane lody pingwin i mewa, na patyku, roznoszone po plaży w niewielkim pudełku.

To wszystko przypomniało mi się na widok tego lodo-skuterzysty. Nawet nie przyszło mi do głowy żeby go wzywać, nie był z mojej bajki.

10:00, pharlap
Link Komentarze (1) »
niedziela, 14 lutego 2016

O Walentynkach dowiedziałem się ponad 60 lat temu z lektury Klubu Pickwicka...

"Luba istoto.."
- Czy to nie będą może wiersze?
- Nie, nie!
- Tym lepiej. Wiersze to rzecz nienaturalna. Nie ma ani jednego człowieka, który by mówił wierszami z wyjątkiem zakrystiana w drugi dzień Bożego Narodzenia i tych co zachwalają Warrena czernidło do butów.

List

Scena pisania walentynkowego listu - ilustracja z pierwszego wydania książki.

 "Moje serce ogniście się rozogniło na wspomnienie o tobie, gdyż jesteś ekstrafajn dziewczyna, i chciałbym żeby mi ktoś powiedział, że tak nie jest... Nim ciebie ujrzałem, sądziłem, że wszystkie kobiety są jednakie..."
- Są jednakie - wtrącił ojciec. 
".. a zatem korzystam z przywileju, moja kochana Mary, jak mawiał pewien gentleman w kłopotach tylko w nocy wychodzący z domu - by ci powiedzieć, że chociaż widziałem cię tylko raz, obraz twój jest wyryty w mym sercu wyraźniej i lepszymi kolorami, aniżeli gdyby zrobiono go maszyna fabrykującą w dwie minuty portrety z ramkami i haczykiem do wieszania."
- Boję się czy to już nie trąci poezją - zauważył ojciec z powątpiewaniem.
".. Przyjmij mię, droga Mary, za swego Walentyna."
- Zdaje mi się, iż zakończenie jest za nagłe.
- O nie! Może chciałaby, by było dłuższe, ale na tym właśnie polega cały sekret pisania listów.. Ale nie wiem jak podpisać?
- Podpisz nazwiskiem.
- Nie można. Walentyn nigdy nie podpisuje się własnym nazwiskiem.

W tych czasach w Polsce ta tradycja była całkiem nieznana. Spotkałem ją dopiero w Australii, ale to już było za późno żeby wprowadzać w życie cudze tradycje a poza tym komercjalizm może obrzydzić każdą tradycję, z Bożym Narodzeniem na czele.

Jednak Waletynki mnie dopadły, w zupełnie nieoczekiwanym miejscu - KLIK.

Znowu minęło wiele lat aż któregoś dnia, a był to 13 lutego, na odwiedzanym przeze mnie blogu, zauważyłem...
"Ps. Całe to „święto” jakie jest każdy widzi ale kurczę, nie obraziłabym się gdyby ktoś zechciał mnie obdarować walentynką;) "

Pod wpisem był komentarz innej blogerki:
"Ja też bym chciała dostać jakąś od Tajemniczego Wielbiciela, myślę, że z takiego klimatu się nie wyrasta :-)"

Przypomniała mi się cytowana na wstępie scena i... napisałem - Walentynkowe wiersze - dla obu pań. 

sobota, 09 stycznia 2016

Nasz wnuk Feliks wpadł w nałóg czytania książęk. Ktos powie - jak to dobrze, że dziecko czyta książki. Mam wątpliwości.

Podczas ostatniej wizyty u nas oderwał się od czytania, poprosił o kartkę papieru i pospiesznie narysował...

Okret

- Dziadzia, popatrz na to. Na górze są maszty i żagle, to jasne. Na dziobie głowa smoka zionaca ogniem. Pod pokładem wiosła, na wypadek gdyby nie było wiatru. A nad nimi, na wysokości pokładu, skrzydła.
- Dziadzia, czy ty myślisz, że ten statek mógłby latać?

Ucieszyłem się. Książka inspiruje dziecko do myślenia, konstruowania. Przypomniało mi się jak, po przeczytaniu J.Verne - 20,000 mil podwodnej żeglugi, wraz z kolegą rysowaliśmy plany łodzi podwodnej. Zasilanie w powietrze, baterie elektryczne.
Z kolei podczas czytania książki 15-letni kapuitan  tego samego autora zaintrygowała mnie sprawa fałszowania odczytów kompasu. W książce 15-letni chłopiec prawidłowo ustawia kurs statku, ale jakieś czarne charaktery umieściły pod kompasem siekierę a ta odchyla igłę urządzenia i prowadzi statek w kierunku Angoli.
Miałem kompas, własnej roboty oczywiście - spinka do włosów i zatrzask ubraniowy. Siekiery rzecz jasna nikt w pobliżu nie miał, może dozorca, ale do niego matka zabronila mi się zbliżać bo miał gruźlicę rozpadową. Znalazłem w końcu jakiś kawał żelaza, zgadzało się. Angolę na mapie też znalazłem.

Zacząłem analizować projekt na głos.
- Żeby statek mógł latać? Widziałeś Feliks wodolot, samolot lądujący na wodzie? - Widział. - Statek jest za ciężki. Do tego żaglowiec. Widziałeś Feliks deskę z żaglem (sailboard)? - Widział - Tam jest żagiel i może czasem wznieść się w powietrze. Ale tylko na chwilę. I tam nie ma statku, tylko cienka, lekka deska. A tu jeszcze te wiosła a do tego wioślarze. Marnie to widzę.

- Dziadzia, bo w mojej książce tatki statek lata. Tam jest... magic.

Oczywiście, Magia. Po co dziecko ma się interesować fizyką czy geografią kiedy magia ma odpowiedź na wszystko.

Opuściłem z rezygnacja głowę.
- Nic nie mogę ci Feluś pomóc. Nie wiem nic na temat magii.
- OK dziadzia, don't worry. Thanks that you tried. 

Wspomnienie z czasów gdy wydawało mi się, że mogę wiele - tutaj - KLIK.

poniedziałek, 28 grudnia 2015

Dzień wigilijny miał nieco inny niz zazwyczaj przebieg. Zamiast wigilijnej kolacji był wigilijny lunch gdyż nasze wnuki wystepowały wieczorem w szopce.

Szopka była w kościele - Uniting Church - połączenie Metodystów i Prezbiterian. Wujek naszej synowej i jego żona są w tym kościele pastorami.

Przy kościele tabliczka...

Tabliczka

Centrum dla uchodźców. To w Australii nic nowego, problem traktowania uchodźców istnieje u nas juz od ponad 12 lat. Kościoły protestanckie udzielają uchodźcom dużo wsparcia.
Mnie zastanowil napis w dolnej linii - uznajemy plemię Wurundjedi, tradycyjnych właścicieli tej ziemi. Też nic nowego, takie tabliczki są przy wielu instytucjach publicznych. Przyszło mi jednak do głowy przewrotne pytanie: czy ktoś z administracji centrum spytał sie starszych z plemienia Wurundjedi co myśla o osiedlaniu uchodźców na ich plemienia tradycyjnym lądzie? Czy w ogóle ktokolwiek wie gdzie tę starszyznę plemienia Wurundjedi znaleźć?

Wątpliwości rozwiała szopka. Feliks i Matylda byli czołowymi baranami... 

Owce

Potem pojawili się pasterze i aniołowie. Ewangelia mówi, że widok aniołów bardzo pasterzy przestraszył...

Anioły

Widok? Nasze anioły przypominały papugi cockatoo i wydawały ich odgłosy -  KLIK.

Moje wspomnienia też dotarły w niebiańskie rejony - KLIK.

środa, 23 grudnia 2015

Choinka

Choinki w "moim" sklepie św Wincentego.

Życzę czytelnikom pogodnych i radosnych Świąt.

Świąteczne wpis z dawnych lat tutaj - KLIK.

13:37, pharlap
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 21 grudnia 2015

Kilka dni temu roznosiłem świąteczne paczki żywnościowe - Christmas hampers. 
W naszej okolicy znajduje się kilkadziesiąt domków "housing commission" czyli zarządzanych przez opiekę socjalną. Oczywiście właśnie tam trafiła większość paczek.

Jeden z obdarowanych - Australijczyk z dziada, pradziada - narzekał...
- Tu, obok mnie mieszka kilka rodzin z Sudanu. Nie żebym miał coś przeciwko nim, porządni ludzie, ale te ich dzieci..
- Co takiego?
- One spędzaja całe dnie na ulicy. Nawet te co jeszcze raczkują. Biegają, jeżdżą na hulajnogach, rowerach, krzyczą. Czasem nawet jedzą. Przeklinają.

Łza się w oku kręci. Przecież tak było w czasach mojego dzieciństwa. Całe dni na podwórku. Nie na ulicy bo były podwórka. Z innymi dziećmi. Biegaliśmy, krzyczeliśmy, strzelaliśmy z łuków, albo i z pistoletów na kapiszony. Nie przeklinaliśmy.

Tę jedyną różnicę łatwo wytłumaczyć. Te sudańskie dzieci uczą się praktycznego języka. Od rodowitych Australijczyków.

Moje wspomnienia z wieku dojrzałego tutaj - KLIK.

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Pogoda nareszcie sie stabilizuje. Zakwitły jacarandy...

Jacaranda

Zbłękitniało morze...

Morze

Za to wspomnienia sprzed 34 lat dość zimne - KLIK.

czwartek, 10 grudnia 2015

 Nad strumykiem  tuż obok domu mojego syna pojawiła się tabliczka...

Węże

Uwaga węże!

Pod napisem angielskim napisy w 6 najpopularniejszych w Melbourne językach. Mnie zastanowił ten po grecku - drugi od góry. Moja pamięć lekcji matematyki podpowiada, że po grecku węże to fonetycznie - fidia.  Google translate potwierdza.

Czyżby zatem słynny grecki rzeźbiarz nazywał się pan Wężyk?

Wspomnienia niematematyczne też są aktywne - rok 1980 - KLIK.

Przyjemnie też się dowiedzieć, że ktoś pamieta moje dawne pisanie - KLIK.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6